sobota, 12 lipca 2014

Rozdział XIX


Coś chodziło mi po ramieniu. To był dziwny sen. Biegał tam mały człowieczek, który cały pokryty był włosami i przypominał nieco Chewbaccę z „Gwiezdnych wojen”. Strąciłam go ręką, ale za chwilę znowu wspiął się po fałdach kołdry i łaskotał mnie od łokcia w górę. Co za wredne stworzenie.

– Daj jej spokój, idioto.

– Co ty, zobacz jak zabawnie się krzywi, jak ją tu łaskoczę – zaśmiał się znajomy głos z niebios.

– Powinniście wrócić do przedszkola. I ty, i Zayn – odpowiedział Mały Książę, którego wielka twarz nagle objawiła się zaraz za plecami małego człowieczka-Chewbacci.

Leniwie podniosłam powieki i… zadrżałam. Przestraszona odruchowo odsunęłam się do tyłu, zmrużyłam oczy i wtuliłam się w kołdrę, jakby zobaczyła na skraju mojego łóżka potwora. A to był tylko Louis. Aż Louis.

– Tak źle wyglądam? – Uśmiechnął się do mnie zawadiacko, jak miał w zwyczaju.

– Nie, nie… Wyglądasz… pięknie… Zawsze wyglądasz tak… pięknie… – wymamrotałam zza kołdry.

Dopiero po kilku sekundach dotarło do mojego zaspanego mózgu, co zrobiłam i co powiedziałam. Nie dość, że półprzytomna przestraszyłam się Louisa i ukryłam się przed nim, co już było dobrym pretekstem do docinek na najbliższe godziny, to jeszcze powiedziałam, to co powiedziałam do Lou przy Harrym, Zaynie i Liamie. Mały Książę pisał SMS-a, dwóch ostatnich siedziało na podłodze z padami w dłoniach i grali w jakąś samochodówkę na PlayStation, ale po moich słowach wszystkie spojrzenia momentalnie powędrowały w kierunku białej pościeli, w której ukryłam się przed spłonięciem ze wstydu, niczym zwierzę na polowaniu w norze. Zanurkowałam pod kołdrę. Nie usłyszałam żadnych szeptów, prawdopodobnie padła wymiana znaczących spojrzeń i wszyscy wrócili do swoich zajęć.

– Wstawaj, Śpiąca Królewno. – Louis zaczął szarpać za brzeg kołdry, a ja od razu dałam za wygraną i zrezygnowana wygrzebałam się z pościeli.

Usiadłam obok niego na łóżku.

– Dzień dobry wszystkim. Długo spałam? – zapytałam, żeby zagaić jakąkolwiek rozmowę.

– Na śniadanie już nie licz – zaśmiał się Zayn. – Wstawaj i pakuj manatki, jedziesz do nowego domu.

Słowo ‘dom’ rozpaliło przyjemne ciepło w mojej klatce piersiowej.



* * *


Mieszkanie u seniorki rodu Małego Księcia było najlepszym, co mogło mnie wtedy spotkać. Hanna okazała się przemiłą, ciepłą kobietą, która była urzeczywistnieniem stereotypu babci – gotowała pyszne obiady, piekła chrupiące ciasteczka, całe dnie spędzała na czytaniu książek, robieniu na drutach albo oglądaniu telewizji. Mój pokój był niewielki, ale, mimo oślepiającej bieli ścian i całego wystroju, bardzo przytulny. Książę całe dnie spędzał w pracy, noce – tylko on jeden wie, gdzie. Seniorka nie zwykła wtrącać się w nie swoje sprawy, niemal nie wychodziła ze swojego pokoju, więc widywałyśmy się zazwyczaj jedynie w porze posiłków. Wracałam z codziennego przeglądu katalogu perfum i miałam mnóstwo czasu tylko dla siebie. A w zasadzie nie dla siebie. Dla mojego sąsiada, którego sufit zaczynał się tam, gdzie kończyła moja podłoga.

Wstręt do papierosów Mały Książę odziedziczył chyba genetycznie – nie było mowy o tym, żebym mogła zapalić w domu Hanny, więc za każdym razem, gdy miałam ochotę na papierosa, musiałam wychodzić na zewnątrz. Na początku wkurzało mnie to, nie ukrywam, ale gniew przeszedł błyskawicznie, kiedy spadły pierwsze śniegi. Któregoś dnia, kiedy odmrażałam sobie palce paląc pod klatką schodową skulona jak ptaki na drutach telegraficznych, Louis otworzył okno i krzyknął, żebym weszła do niego na górę. Od tamtej pory zaczęłam palić dwa razy więcej, bo każdy papieros był znakomitym pretekstem, żeby odwiedzić Lou. Mieliśmy taką, nieco szczeniacką, tradycję – zawsze po pracy i po obiedzie schodziłam do niego, paliliśmy, piliśmy herbatę i rozmawialiśmy na wszystkie tematy świata aż do wieczora, kiedy wychodziłam przed przyjściem Eleanor. To były nasze codzienne spotkania, o których nikt poza nami nie wiedział. A przynajmniej tak mi się wydawało. W weekendy Louis wyjeżdżał z Eleanor do jej rodziców, a ja spędzałam te dwa dni z Zaynem, jednak nasza relacja zaczęła mnie lekko niepokoić. Nie dość, że zaczął wprost dawać mi oznaki swojego uczucia, to w dodatku traktował mnie jak swoją dziewczynę – przytulał, całował bez skrępowania, kiedy tylko miał ochotę. Początkowo pozwalałam mu na to z czystej sympatii. Uwielbiałam Zayna, jego poczucie humoru, świetnie się razem bawiliśmy, więc nie chciałam go ranić i odrzucać, bo bałam się, że to zepsuje naszą relację. I to był właśnie kamień pod całą fortecę. Nie reagowałam, więc posuwał się coraz dalej, i dalej, a czym to dłużej trwało, tym trudniej było to przerwać. Tak więc tkwiłam w chorej relacji między dwoma mężczyznami, z czego jeden spędzał ze mną całe dnie, mimo że miał dziewczynę, a drugi uważał mnie za swoją, podczas gdy byłam zbyt wielkim tchórzem i nie potrafiłam nic z tym zrobić.

Był późny listopad, tak późny, jak noc, której próbowałam zasnąć przewracając się z boku na bok, a za oknem prószył delikatny śnieg. Czułam dziwny niepokój, kompletnie niewytłumaczalny. Takie złe przeczucia, które szepczą do ucha, że niby wszystko jest dobrze, ale już, już niedługo wszystko się zmieni, wydarzy się coś złego, od czego nie ma ucieczki. Wtuliłam głowę w poduszkę i mocniej naciągnęłam kołdrę po samą szyję. Zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć własne oddechy. Coś dziwnego wisiało w powietrzu, czułam to, jakby czyjąś obecność, jakby ktoś stał nad łóżkiem i mnie obserwował. Próbowałam ze wszystkich sił usnąć. Siedem… osiem… dziewięć… Powietrze, mimo zimy, stało się okropnie ciężkie i duszne, a raczej duszące. Poczułam jak robi mi się gorąco, a moje ciało zaczyna oblewać się potem. Mokre włosy kleiły się do czoła i policzków; coraz mocniej łapałam powietrze, które zaczęło drażnić płuca. Atak kaszlu. Żar, coraz większy, wpełzający do mojego łóżka powolnie, od dołu. Otwieram gwałtownie oczy i wszędzie są kłęby gęstego, czarnego dymu. W panice zaczynam rozganiać je w powietrzu rękami, ale nic to nie pomaga, robi się coraz duszniej, coraz mniej powietrza, przez czarne kłęby przebijają się jasne światła. To łuna od ognia, widzę jak płoną firanki, płomienie pełzają po szafie, a bo kilku sekundach są już na dywanie, który żarzy się czerwonymi ognikami i dymi czarnymi, ciężkimi smugami. Próbuję krzyknąć, ale gdy tylko biorę wdech, duszący kaszel odbiera mi głos, nie mogę już uciec, płomienie są dookoła, czuję jak zaczynają parzyć mi skórę, suchość w ustach, iskry na włosach, tak właśnie umrę, umrę w płomieniach, płonąc żywcem. Widzę w wyobraźni swoje zwęglone tkanki i dookoła mnie jest piekło; od niewyobrażalnie gorącego powietrza bolą mnie płuca, nie mogę już oddychać, nie widzę już nic, czuję… Czuję tylko żar. I ból, jaki zadają mi bezlitosne płomienie.

Usiadłam na łóżku i z trudem złapałam głęboki oddech. Byłam przemoczona na całym ciele od potu. Dookoła mnie zupełnie cicho i ciemno, mój pokój stał niezmieniony, dokładnie taki sam, jak co noc. To był sen, tylko zły sen, mimo to chwytałam zachłannie powietrze w płuca, jakbym naprawdę dusiła się kilka sekund temu. Łzy same zaczęły płynąć mi po twarzy. Właśnie tak umarli moi rodzice, teraz ja musiałam przeżyć to we śnie. Teraz ja miałam umrzeć tak samo, morderca nie dał za wygraną. Płakałam. Z przerażenia, bólu wspomnień, paniki. Wpadłam w taką histerię, że moje ciało niekontrolowanie zaczęło drżeć. Ciarki maszerowały po moim kręgosłupie, a trzęsące się ręce z trudem odszukały klamkę od drzwi. Niemal biegiem wyszłam na klatkę schodową i, nie zapalając nawet światła, wiedziona instynktem samoistnie dotarłam pod drzwi na niższym piętrze. Mój płacz niósł się echem po całym bloku, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. Zapukałam. Mocniej. Mocniej. Zaczęłam walić pięściami w drzwi jak oszalała, płacząc ze strachu, jakby nadal dookoła były śmiertelne ognie, a za tym wejściem istniała jedyna droga ucieczki, upragnione ocalenie.

Louis stanął przede mną w samych bokserkach. Pierwszy raz w życiu widziałam go z nieułożonymi włosami, które naturalnie opadały mu na uszy i czoło. Obudziłam go, to pewne. Zobaczył moją twarz, złapał mnie za rękę i wciągnął do środka. Gdy tylko moich uszu dobiegł odgłos zamykanych drzwi, już byłam w obcięciach Louisa. Nie pytał o nic, tulił mnie czule do siebie, obejmując ciasno ramionami. Płakałam, a moje łzy spływały po jego nagim torsie. Głaskał i całował moje włosy, nie mówił nic. Podniosłam zapłakane oczy i spojrzałam prosto w jego niebieskie tęczówki.

– Miałam… bardzo… bardzo… zły sen – wyjąkałam ciągle zanosząc się płaczem.

– Jestem przy tobie – powiedział niemal szeptem, przybierając tak ciepły i kojący ton głosu, że fizycznie czułam, jak te dźwięki leczą mój ból.

Zaprowadził mnie za rękę jak dziecko i posadził na sofie przy stoliku.

– Poczekaj na mnie sekundę, dobrze? – zapytał nadal głaszcząc mnie po włosach.

Pokiwałam lekko głową i zaczęłam ocierać łzy wierzchem dłoni. Louis zniknął w kuchni. Słyszałam odgłos łyżeczki stukającej o szklankę, a po chwili mój pocieszyciel wrócił, trzymając w jednej ręce kubek z gorącym kakao. Usiadł najbliżej jak tylko się dało i od razu objął mnie ramieniem i przycisnął do siebie. Położyłam głowę na jego klatce piersiowej.

Trwaliśmy tak w milczeniu przez dłuższą chwilę. On, jak zawsze, nie pytał o nic, dawał mi wsparcie i cierpliwie czekał, aż uspokoję się i wszystko wróci do normalności. Dopiero teraz przestałam w końcu płakać, ale z moich ust również nie padały żadne słowa. W ciszy zaczęłam przyglądać się Louisowi. Jego nagość nie krępowała mnie zupełnie, a wręcz przeciwnie – z fascynacją wędrowałam wzrokiem po jego linii szczęki, szerokich ramionach, wystających kościach obojczykowych; niemal dotykałam oczami tej delikatnej, pokrytej tatuażami skóry, idealnego, męskiego torsu, pięknie umięśnionego brzucha. Jak tak cudownie zbudowane ciało mogło należeć do matematyka-pianisty? Powolnie ujął moją rękę w swoje dłonie. Miał niezwykle delikatne, długie palce.

– Pij, bo zaraz wystygnie. Podobno kakao uspokaja – powiedział do mnie opiekuńczym tonem.

Podniosłam kubek do ust, po czym duszkiem wypiłam całą zawartość tylko po to, aby jak najszybciej z powrotem ścisnąć go za rękę i nie musieć już więcej puszczać jej choćby na sekundę. Nagle poczułam gwałtowne uderzenie gorąca i duszności, zupełnie jak w moim śnie. Zrobiło mi się potwornie słabo, miałam wrażenie, że za sekundę zemdleję.

– Co ci jest? – Louis zapytał ze zdenerwowaniem w głosie. Musiał zauważyć, że dzieje się ze mną coś niedobrego.

– Troszeczkę mi słabo… – wyszeptałam.

– Chodź, położysz się.

Nie wypuścił mojej ręki, nie oswobodził mnie ze swoich ramion. Tak, jak siedzieliśmy przytuleni, z taką samą bliskością poszliśmy do pomalowanej na niebiesko sypialni. Louis delikatnie położył mnie na swoim łóżku. Nie zapalił lampki, a całkowite ciemności rozjaśniały jedynie wąskie strumienie światła, padające z salonu przez uchylone drzwi. Od razu zrobiło mi się lepiej, jednak cała ta sytuacja i miejsce, w jakim właśnie się znalazłam, przyprawiły mnie o inny rodzaj zawrotów głowy. Leżałam w łóżku Louisa, w jego pościeli, która oszałamiająco pachniała jego zapachem, lawendą i cytrusami. Przykrył mnie kołdrą i sam położył się obok. Niewiele myśląc, przylgnęłam do niego całą sobą. Nasze ciała dzieliła jedynie cieniutka satyna mojej koszuli nocnej. Słyszałam przyspieszone bicie swojego serca i krew pulsującą w moich skroniach, ale nie czułam się speszona. Byłam podniecona i pragnęłam go w tamtej chwili jak nigdy w życiu żadnego mężczyzny. Louis objął mnie ramieniem i z całej siły przycisnął do siebie. Westchnęłam.

– Spokojnie… – wyszeptał, delikatnie muskając przy tym ustami płatek mojego ucha.

Zadrżałam.

– My tu tylko śpimy, Miley, spokojnie – powtórzył i zaczął delikatnie głaskać moje plecy.

Wzięłam kilka głębokich wdechów i starałam się opanować drżenie całego ciała. Po kilku minutach wszystko zaczęło wracać do normalności, ale nadal świadomość, że leżę z Louisem w jego łóżku, że jesteśmy tak bardzo blisko, jego ciepło, zapach… Wszystko to działało na mnie pobudzająco i kojąco naraz. Czułam się podniecona i bezpieczna.

Leżeliśmy tak w bezruchu i milczeniu długie, niekończące się minuty. Louis spał już słodko jak niemowlę. Patrzyłam jak ledwo zauważalnie uśmiecha się przez sen. Wiedziałam, że tej nocy już na pewno nie zasnę.

niedziela, 6 lipca 2014

Uwaga!


Zainspirowana metodami innych blogerek, żeby sprawdzić, czy warto w ogóle kontynuować Insomnię, proszę was o mały teścik.

Kto czeka na nowy rozdział, niech zostawi komentarz pod tym postem. Cokolwiek, nawet kropkę czy przecinek.

Dzięki temu będę wiedziała, czy w ogóle po takiej przerwie opłaca mi się wracać do pisania i czy ktokolwiek tu jest i to czyta.

Pozdrawiam ciepło :) xxx
M.

niedziela, 23 marca 2014

Rozdział XVIII


Pojechaliśmy pierwszym nocnym autobusem do Londynu. Moja przeprowadzka nastąpiła szybciej, niż komukolwiek mogłoby się wydawać. Szczęście w nieszczęściu, że po pożarze nie zdążyłam jeszcze nakupić zbyt wielu rzeczy, więc spakowałam wszystko, co posiadałam, dosłownie w pół godziny. Smutne, ale praktyczne.

Było zbyt późno, żeby nachodzić Harrego i jego babcię, zbyt niezręcznie, by spać u Louisa, gdy noce spędza z El, zbyt nielegalne, by nocować z Zaynem w jego pokoju w akademiku. Z trzech, złych opcji, którąś musieliśmy wybrać, więc bez chwili zawahania, jednogłośnie wskazaliśmy złamanie normy formalnej, nie etycznej. Pozostało nam wykombinować plan, dzięki któremu przetransportowałabym się do akademika, uchodząc uwadze portiera. Z moją sprawnością fizyczną opcje wspinaczki po rynnie, czy piorunochronie, odpadały z miejsca. Zayn mieszkał na pierwszym piętrze, ale i tak byłam pewna, że ta próba zakończyłaby się, delikatnie mówiąc, źle. Mimo to nie ustępował i próbował przekonać mnie do spektakularnej opcji.

- Mils, no daj spokój, tam jest nisko! – wrzeszczał na cały autobus.

- Oj, zamknij się, ludzie patrzą, wiochę robisz – parsknęłam.

- Olej to. Ej, ale serio ci mówię, dasz radę, wszyscy tak robią i nikt się nigdy… – zamyślił się – no, może parę razy, ale nieważne, mówię ci, nie zjebiesz się, a nawet jakby, to tam jest nisko i…

W sekundę, gwałtownie odkręciłam się i jednym, niemal brutalnym ruchem przytknęłam swoje usta do jego ust. Podziałało. Zamilkł. Pocałował mnie powolnie, jednak bardzo ciepło i namiętnie. Po mojej skórze przeszedł przyjemny dreszcz. Resztę drogi spędziliśmy w milczeniu.

Niestety żaden, alternatywny do wspinaczki, plan nie przyszedł mi do głowy. Gdy już staliśmy na parkingu pod akademikiem, wymyśliliśmy mały kompromis. W przedostaniu mnie na pierwsze piętro miał nam pomóc kolega, który mieszkał na parterze, tuż pod pokojem Zayna. Misja wyglądała następująco:

Staję pod oknem pokoju studenta filozofii Liama, wyciągam ręce do góry, on mnie łapie i wciąga do siebie.


Brzmi równie strasznie, co kusząco. Żeby brzmiało jedynie kusząco, mój towarzysz niedoli wyciągnął z kieszeni ostatniego skręta.

- Na lepszą równowagę. – Puścił do mnie oczko i zaczął prowadzić mnie za rękę na tyły budynku.

Zaraz za rogiem zniknęły ostatnie smugi światła parkingowych latarni. Zapadła kompletna ciemność. Ostrożnie stawiałam kroki, podążając instynktownie za Zaynem. W ciszy słyszałam, jak błoto międli się pod moimi nogami, czułam zapach wilgotnej ziemi i gnijącej trawy. Była połowa października, nic w tym nadzwyczajnego. Marihuanowy papieros zaczynał działać – nie myślałam kompletnie o tym, że za chwilę będę musiała wspinać się po oknach jak zawodowy kaskader, a jedynie o tym, co pomyśli sobie ten nieznany mi chłopak, gdy zobaczy mnie po raz pierwszy w życiu w tak okropnie ubłoconych butach. Na moje nieszczęście miałam na sobie akurat beżowe botki. Zapewne wyglądały już jak gumowce rolnika po wyjściu z obory.

Dotarliśmy na miejsce. Okno nad naszymi głowami skrzypnęło donośnie i otworzyło się na oścież oświetlając nieco teren dookoła.

- Cześć – przywitał się chłopak, który odsuwał właśnie firanki. – Gotowa na wejście? – zwrócił się do mnie i, mimo że przez jasne światło padające zza jego pleców nie widziałam kompletnie twarzy, a jedynie zarys sylwetki, poczułam, że się uśmiecha. Miał niski, radiowy, przyjemny ton głosu.

- Emmm… Powiedzmy… - wybąkałam nieco zmieszana całą sytuacją.

- Dobra. – Zayn zatarł ręce. – To ja wracam, wnoszę na górę twoją walizkę i zaraz staję tu w oknie. Nie próbujcie nawet zaczynać beze mnie, bo, bez kitu, będzie źle – rzucił groźbę, jednak śmiał się przy tym jak dziecko. Chociaż nie, to złe porównanie. Dzieci nie chodzą zjarane.

Zrobiło się nieco niezręcznie. Stałam pod oknem Liama, a on, gdzieś nad moją głową, korzystając z okazji, zapalił papierosa. Milczeliśmy, bo, w sumie, o czym w takiej sytuacji rozmawiać? Na szczęście, ledwie chłopak zdążył wyrzucić niedopałek, usłyszałam odgłos otwierającego się na pierwszym piętrze okna.

- No, to do dzieła! Dajesz, Mils, stań zaraz pod parapetem, żeby Liam mógł cię łatwiej złapać – krzyczał z góry Zayn, śmiejąc się jak popaprany. Cała sytuacja wyraźnie go bawiła.

Zgodnie z prośbą stanęłam tuż przy ścianie. Kolega z parteru wychylił się z okna i w końcu mogłam zobaczyć jego twarz. Nawet przystojny, ale wyglądał na dużo starszego, niż był w rzeczywistości. I nieskorego do wygłupów.

- Dobrze, to teraz śmiało, ręce do góry, a ja cię wciągnę – powiedział z przyjaznym uśmiechem na ustach.

- Postaram się… - wymamrotałam, wyciągając ramiona w jego kierunku.

W tym momencie rozległa się nad moją głową salwa śmiechu Zayna. Rżał tak, że z trudem łapał oddech. Po kilku zapowietrzeniach zaczęłam obawiać się o jego życie. Nie wiedziałam, co znowu go tak bawi, ale uniosłam głowę do góry i zrozumiałam. Mimo wyciągniętych ramion i tak byłam za niska, żeby Liam mógł mnie złapać. Cóż, sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu bywa przekleństwem.

- Zayn, przestań rżeć! – wrzasnęłam nieco poirytowana całą sytuacją, która coraz bardziej, zamiast niecnego wślizgnięcia się do środka rodem z filmów kryminalnych, przypominała cyrk. Na domiar złego od błota przemokły mi buty i zaczynało robić mi się naprawdę zimno.

- Dobra, sorka. Zejdę na dół i wam pomogę – odpowiedział jak skarcony dzieciak.

To, co działo się dalej, nie przyśniłoby mi się nawet w najgorszym koszmarze. Zayn trzymał za nogi Liama, który połową ciała zwiesił się z okna, żeby dosięgnąć moich rąk. Poczułam pewny chwyt ciepłej, męskiej dłoni. Jednak chyba moi kompani zapomnieli, że nie ważę dziesięciu kilo i nie jestem przedmiotem, który tak łatwo można podnieść i po prostu wciągnąć. Musiałam odkręcić się przodem do ściany i wdrapywać się po niej nogami, podczas gdy jednocześnie wpół wiszący Liam podciągał mnie do góry. Ku sprzysiężeniu wszystkich nieczystych sił tego świata przeciwko mnie, ściana okazała się być śliska od wilgoci i moje buty ześlizgiwały się po niej jak po tafli lustra. Ale w końcu jestem Vasply, nie mogłam poddać się tak łatwo. Po pierwszej próbie, która zakończyła się kompletnym fiaskiem, postanowiłam mocniej i szybciej odpychać się od ściany nogami, żeby Liam mógł szybciej i energiczniej wciągnąć mnie za jednym zamachem. Pełna werwy i gotowa do boju zaatakowałam ścianę i… usłyszałam jedynie srogie chlupnięcie i gradobicie śmiechu.

Okazało się, że Liam nie był przygotowany na moją energiczną taktykę wchodzenia, bo nawet nie przyszło mi do głowy, żeby go o tym uprzedzić i, gdy tylko jak narwaniec zaczęłam napierać nogami na śliską powierzchnię, ciężarem swojego ciała wyszarpnęłam się z jego uścisku i błyskawicznie plusnęłam tyłkiem prosto w rozmiędlone błoto. W pierwszej sekundzie miałam ochotę cisnąć wiązankę najgorszych przekleństw, jakie tylko zna świat, po czym zapaść się pod ziemię ze wstydu, ale gdy usłyszałam melodyjny śmiech Liama i szlochanie Zayna, który popłakał się ze śmiechu, nie wytrzymałam i sama zaczęłam śmiać się ze swojego wyczynu.

Udało mi się wejść za czwartą próbą, jednak przy ostatnim odepchnięciu od ściany ześliznął mi się z nogi prawy but i poleciał za okno w mrok. Ostre światło poraziło mnie w oczy. Stałam na środku małego pokoju w jednym bucie, drugi, który jeszcze mi został, był jedną, wielką, błotną masą, jak zresztą ja cała.

- Liam, miło mi. – Chłopak z szerokim uśmiechem na twarzy wyciągnął do mnie rękę.

- Potwór z Bagien, mnie również – odpowiedziałam, nie kryjąc rozbawienia.

Zayn zabrał mnie do swojego pokoju, Liam, z męczeńskim poświęceniem, poszedł szukać mojego buta. Gdy wrócił, siedziałam już z kubkiem gorącej czekolady w dłoniach mając na sobie ubrania Zayna - szorty w granatowo-białe paski i biały T-shirt.

- Prawda, że wygląda uroczo? – Zayn pytał Liama, jednak patrzył prosto na mnie, uśmiechając się troskliwie.

- Fakt. Powinieneś zbierać na pierścionek – odpowiedział brunet z pełną powagą w głosie.

Byłam tak wyczerpana pakowaniem, podróżą, wspinaczkami, że powieki odmawiały mi posłuszeństwa i opadały mimo woli. Odstawiłam kubek i oparłam głowę na ramieniu Zayna.

- Nie pal z nią więcej jonitów – usłyszałam gdzieś w oddali i odpłynęłam w błogi, upragniony sen.

piątek, 28 lutego 2014

Rozdział XVII



Nigdy nie lubiłam jesieni. Jesień mnie również nigdy nie lubiła, więc tak z wzajemnością znielubiłyśmy się obydwie. Co roku miałam wrażenie, że wszystkie siły o tej porze sprzymierzają się przeciwko mnie. Jednak tego pochmurnego i deszczowego października los okazał nieco łaskawości – poza świetną pracą znalazłam również nowe mieszkanie, do którego miałam się lada moment wprowadzić. W sumie ‘znalazłam’ to złe słowo, nie przekłamujmy rzeczywistości – Zayn mi znalazł, a uściślając odstąpił. Ale po kolei, powróćmy do początku.

Książę Harry konsekwentnie do późnych godzin popołudniowych pomagał mi ogarnąć katalogowy burdel w biurze. Był już dawno po pracy, nie miałabym mu za złe, gdyby po prostu wyszedł do domu i zostawił mnie z moim dziełem chaosu, ale uporczywie, katalog po katalogu, porządkował ze mną porozrzucane papiery. W tym samym czasie, gdzieś tam w tym samym mieście, jednak w zupełnie innym świecie i innej rzeczywistości, Louis, po skończonych zajęciach w szkole, prawdopodobnie spożytkował swój wolny czas, który był zarezerwowany dla mnie i Małego Księcia, na palenie papierosów i grę na pianinie w ramach odstresowania. Wieczorem był umówiony na mieście z Eleanor. Minęliśmy się, najzwyczajniej w świecie. Tamtego razu, następnego i wiele kolejnych razów, a może nawet żyć.

Tego piątkowego wieczoru miałam wyjątkowo koszmarny nastrój i gdy tylko zobaczyłam uśmiechniętą (i zarośniętą) twarz Zayna w moich drzwiach, miałam ochotę od razu je zamknąć. Szczerze mówiąc myślałam, że po tym, jak uprawialiśmy seks na podłodze mojej chałupy, nasza relacja zdecydowanie ochłodzi się, a w najgorszym wypadku kompletnie rozpadnie. Nie chciałam, żebyśmy byli „przyjaciółmi”, którzy się pieprzą, tym bardziej nie mogłabym zaangażować się w jakąś głębszą, uczuciową relację i poważny związek. Wobec tego widziałam tylko jedną ścieżkę dalszej znajomości, a była to ścieżka katastroficzna. Cóż, błądzić rzeczą ludzką. Nie mam pojęcia jak daleko sięgają początki sporu o to, czy istnieje przyjaźń damsko-męska czy nie, ale na myśl nasunęło mi się od razu stanowisko głoszące, że kobieta może przyjaźnić się z mężczyzną dopiero wtedy, jak już raz się z nim prześpi. Zawsze się z tego śmiałam, ale w moim przypadku magiczny bon mot znalazł swoje urzeczywistnienie. Nie powtórzyliśmy więcej tej nocy, jednak wiedziałam doskonale, że Zayn nie potraktował tego jako zwykłej przygody nie mającej wpływu na jego uczucia. Nie chciałam łamać mu serca, ale to, że narobiłam mu nadziei, było tak oczywiste, jak śmierć. Widywaliśmy się codziennie. Czasem piliśmy kawę i z sentymentem wspominaliśmy czasy dzieciństwa, czasem paliliśmy jointy i oglądaliśmy pornosy. Nieważne co robiliśmy, zawsze było nam idealnie, mimo że nie byliśmy razem, chociaż bywały chwile, w których on jakby o tym zapominał. Jedną z nich był właśnie ten piątkowy wieczór, gdy stanął w moich drzwiach i na przywitanie poczęstował mnie soczystym całusem.

- Mils, Mils, Mils! Będzie impreza! – Wpadł do mojego domu nie oczekując nawet gestu zaproszenia i, już niemal w locie kładąc nogi na stół, od razu rzucił się na kanapę.

- Mhmm… - odburknęłam jedynie nie zwracając na niego większej uwagi i wróciłam do przegrzebywania kuchennych szafek w nadziei znalezienia czegokolwiek na ból głowy.

- Nie ciekawi cię to ani trochę? No, dawaj, spróbuj zgadnąć.

- Ale co ja mam zgadywać? – Wzruszyłam ramionami. – Rzuć to jaranie, pieprzysz jak potłuczony – wycedziłam przez zęby cholernie zła, że nie znalazłam żadnych tabletek.

- Dobra, wyluzuj, bo dostaniesz okresu. – Zdjął nogi ze stołu i usiadł opierając głowę na łokciach.

Obrazą dla mojej inteligencji i poczucia humoru byłoby ripostowanie tak żenującego i suchego tekstu, więc nawet nie otworzyłam ust. Z niechęcią wstawiłam wodę na kawę.

- Idziemy na parapetówę. Za tydzień – powiedział z, nieco przygaszonym już przez mój grobowy nastrój, entuzjazmem.

- Czyją? – zapytałam z uprzejmości, nie dla informacji.

- Twoją. – Uśmiechnął się i spęczniał z dumy, że w końcu zdobył moje zainteresowanie.

Na kilka sekund zastygłam w bezruchu a łyżka z kawą w mojej ręce zatrzymała się w powietrzu w połowie drogi do filiżanki. Spojrzałam na Zayna z ukosa, żeby upewnić się, czy to nie jakiś żart.

- Kontynuuj… - wymruczałam powoli przywracając ruch mojej ręce.

W odpowiedzi wyjął skręta, przypalił go z błyskiem tryumfu w oczach i podał do mnie. Patrzyłam na żar tlący się między moimi palcami, a Zayn opowiadał mi o wolnym pokoju w mieszkaniu babci Harrego, do którego miał się wprowadzić od połowy października, jednak ze względu na mnie postanowił zostać w akademiku i odstąpić mi lokum. Nawet nie zapytał mnie, czy przejawiam jakiekolwiek chęci zamieszkania w tym miejscu, ale to całkiem zrozumiałe. Nie musiał. Doskonale wiedział, że w mojej sytuacji wyprowadziłabym się nawet do meliny i zamieszkała z ćpunami i dziwkami chorymi na AIDS, aby było tam cieplej niż w mojej starej szopie.

- Będę miał waszą trójkę w jednym miejscu, ale zajebiście, c’nie? – wyrzucił na jednym tchu i, rozpromieniony, objął mnie ramieniem.

Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że od następnego tygodnia miałam mieszkać po sąsiedzku z Louisem, a myśl ta zogniskowała się dziwnym drżeniem w mojej klatce piersiowej, które stopniowo, niczym topniejący, mokry śnieg, spływało w dół do mojego żołądka. Nie widzieliśmy się od miesiąca, jednak wciąż w jakiś dziwny, nienamacalny sposób był koło mnie obecny. Poprzez swój zapach, który każdego dnia towarzyszył mi w pracy, głos w telefonicznej słuchawce, który każdego wieczora bez wyjątku opowiadał mi wydarzenia minionego dnia. Wciąż się mijaliśmy i wciąż się przenikaliśmy na jakiejś niezrozumiałej metafizycznej płaszczyźnie, gdy czuliśmy się wzajemnie i przebywaliśmy ze sobą częściej niż z kimkolwiek innym, mimo że nie miało to żadnego związku z fizycznym byciem obok siebie. Rozmawialiśmy ze sobą. Tęskniliśmy za sobą. Kochaliśmy się z sobą. Nienamacalnie.

- O, kurwa, byłbym zapomniał. – Zayn ściągnął moje myśli z powrotem do chwili obecnej, na starą wersalkę. – Leżał pod twoimi drzwiami, nie zaglądałem, serio, nie wiem, czy to rachunek, czy list od tajemniczego wielbiciela, ale równie dobrze może to być…

Położyłam wskazujący palec na jego ciepłych ustach. Wargi poruszyły się obnażając w szerokim uśmiechu zęby. W przymusowym milczeniu podał mi kopertę. Jednym zamaszystym ruchem rozkleiłam papier i wyciągnęłam ze środka bilecik. Pomarańczowe światło żyrandola tworzyło złote refleksy na lśniącym, kredowym papierze.



Tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień Pański; okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest.

1 Kor 3, 13



- Za-ayn… - zachrypiałam przez zaciśnięte gardło. – Ubieraj się. Wychodzimy stąd.

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział XVI

Osąd moralny mojej nocy z Zaynem postanowiłam odłożyć na później. Miałam teraz o wiele ważniejsze sprawy na głowie, która, swoją drogą, sprawiała mi taki ból, że momentami miałam ochotę ją odciąć. Nie wypadając z roli, pewnym siebie krokiem przemierzałam długi korytarz siedziby Scent of Style, giganta branży perfumeryjnej, który w błyskawicznym tempie podbił brytyjski rynek stając się londyńskim Chanelem. Kątem oka obserwowałam odbicie swojej sylwetki w przeszklonej ścianie po prawej stronie. Elegancka, ciemnofioletowa spódnica w ołówkowym typie miała pognieciony od autobusowych siedzeń tył, biała koszula z przypiętą srebrną broszką (TĄ broszką) na szczęście wyglądała perfekcyjnie, za to nawet najstaranniejszy makijaż nie był w stanie ukryć efektu całonocnej libacji na mojej twarzy. Mój pierwszy, testowy dzień w pracy zaczynałam na takim kacu, że moja skóra miała odcień bladozielony, a wory pod oczami były tak wielkie, że mogłabym w nie zapakować dziesięć kilo ziemniaków. Do tego, mimo porannej godziny, od wysokich obcasów bolały mnie nogi, w tych cholernych butach każdy krok powodował stukot szpilek o wykładaną płytkami podłogę, który w moich uszach przypominał serię wybuchów min przeciwpiechotnych i powodował, że mój mózg rozpadał się na kilka sekund w jednolitą maź.

Miałam wrażenie, że architekt specjalnie dla mnie, na tę okazję, zaprojektował tak nieskończenie długi korytarz, żeby w sadystyczny sposób dać mi nauczkę za moje pijaństwa. Gdy w końcu dotarłam do samego końca, którym okazały się białe drzwi, w duchu pomodliłam się, żeby tylko za nimi nie było drugiego takiego odcinka. Nacisnęłam klamkę i, ku mojej radości, znalazłam się w przestrzennym holu, gdzie młoda, blond recepcjonistka przeszywała mnie pytającym spojrzeniem. Jednak pierwsze co dostrzegłam to fakt, że podłoga wyłożona była miękkim dywanem. Bóg istniał, ochronił mój mózg przed totalnym zgalaretowacieniem. Dałam jeszcze dwa bezgłośne kroki w przód i głośno odetchnęłam z ulgą.

- W czymś pomóc? – zapytała niepewnie blondynka.

- Ach, tak. – W sekundę ogarnęłam się i przeniosłam swoje przekrwione spojrzenie z miękkiego dywanu na postać z recepcji. – Jestem Miley Vasply, miałam się dzisiaj stawić na pierwszy dzień…

- O dziewiątej? – przerwała mi nieprzyjemnym tonem. – Jest ósma pięćdziesiąt siedem, proszę chwileczkę zaczekać – dodała nie czekając na odpowiedź.

Mówiła z penerską manierą dziewczyny, która dzięki łutowi szczęścia wyrwała się z biedy i dostała niezbyt odpowiedzialną i prestiżową posadę w znanej firmie, co automatycznie w jej rozumowaniu dało jej przyzwolenie na pogardzanie wszystkimi ludźmi. Po tej kilkusekundowej rozmowie zakwalifikowałam ją jako wieśniarę i obdarzyłam tak wrednym i zawistnym spojrzeniem, że od razu spuściła oczy i udała, że szuka czegoś w papierkach na biurku. Mój kac imidż musiał nadać mi szczególnie wrogiego wyrazu.

Nie minęła chwila, gdy w holu rozległo się charakterystyczne ding-dong oznaczające przyjazd winy, która w istocie otworzyła się tuż za moimi plecami. Stanęła przede mną moja nowa przełożona. Była tak potężna, że zza jej barczystych ramion nie widziałam nawet biurka recepcjonistki, a granatowa marynarka w połączeniu ze spódnicą w tym samym kolorze opinały ze wszystkich stron obfite ciało Murzynki. Mocny, niebieski makijaż w połączeniu z ogromnym afro powodowały, że kobieta z jednej strony w swoim wyglądzie miała coś nieokrzesanego, dzikiego i pierwotnego, jednak z drugiej była nader elegancka i dystyngowana. Wyglądała na kogoś, kto nie znosił słów sprzeciwu. Zresztą, biła od niej taka pewność siebie, że wątpię, iż kiedykolwiek ktokolwiek ośmielił się nie zastosować do jej poleceń.

Poczułam się przy niej jak małe dziecko przyłapane na podjadaniu słodyczy. Miałam wrażenie, że w sekundę minęły mi wszystkie kacowe dolegliwości. Stałam w windzie z Barbarą Tray i, niczym skarcony uczniak, bałam się oderwać wzroku od czubków swoich butów. Przerażały mnie jej rozmiary, chód, oschły wyraz twarzy, wszystko. Ta Murzynka cała była jedną, ogromną, chodzącą grozą.

Dojechałyśmy na szóste piętro. Moim oczom ukazał się identyczny, cholernie długi, przeszklony korytarz jak na parterze przy wejściu. Skrzywiłam się. Barbara bez słowa wyszła z windy i zniknęła za drugimi drzwiami po lewej stronie. Nie powiedziała nic, nie wiedziałam, czy oczekuje ode mnie, żebym poszła za nią, czy mam czekać, tańczyć, recytować, iść do diabła. Zostawiła za sobą otwarte na oścież drzwi, więc zaczęłam niepewnie, małymi kroczkami, jak złodziej zakradać się do pokoju. Ledwie przeszłam metr, w progu ukazała się czarna twarz, która miną pełną dezaprobaty dała mi do zrozumienia, że właściwym wyborem było wejście za nią, jednak jest już za późno, oblałam test i teraz granatowa kula czeka zniecierpliwiona z niesmakiem. Niemal podbiegłam do drugich drzwi.

Pokój był tam mały, że Barbara ze swoimi obfitymi kształtami zajmowała prawie całą wolną przestrzeń. Ściany miały kolor seledynowej zieleni, podłogę pokrywał ciemnoszary dywan (uff…). Całe umeblowanie pokoju kończyło się na dużym biurku, na którym stała biurowa lampka i wazon ze sztuczną, żółtą gerberą, obrotowym krześle i dwóch szafach – jednej wielkiej niemal pod sam sufit, z wieloma szufladami, przypominającej te, w których mój ojciec trzymał archiwa parafialne i drugiej, bardzo podobnej, jednak dużo mniejszej i z małymi przegródkami zamiast szuflad. Biurko stało po prawej stronie, przy wielkim oknie, które optycznie powiększało cały pokój i pozwalało spojrzeć na panoramę miasta, po lewej były wspomniane szafki. Skromnie, nad wyraz biurowo, jednak schludnie i komfortowo. Żadnych powodów do narzekań.

- Jak się sprawdzisz, to będzie twój pokój – powiedziała niskim głosem Barbara. – Wiesz, co dokładnie należy do twoich obowiązków? – zapytała jakby od niechcenia.

Nie miałam bladego pojęcia, nikt jeszcze nie zdradził mi żadnych szczegółów mojej pracy, ale najzwyczajniej w świecie bałam się przyznać Barbarze, że przychodzę całkiem w ciemno z jakąś szczątkową wiedzą, że będę opisywać perfumy. Zawahałam się.

- Harry coś wspominał… Ale nic konkretnego… - wymamrotałam niepewnie.

- Wiesz czy nie? – Murzynka odkręciła się twarzą do mnie i spojrzała mi prosto w oczy.

- Nie – rzuciłam krótko i sama zdziwiłam się tonem swojego głosu, który brzmiał cholernie pewnie.

Barbara uśmiechnęła się. Jej twarz w momencie zmieniła się nie do poznania. Wystarczyło, że uniosła do góry kąciki ust i w sekundę ulatywała z niej cała groza i oschłość. Może wcale nie była taka straszna, jak mi się wydawało? Jednym, zamaszystym ruchem skrzyżowała poniżej obfitych piersi swoje pulchne ręce i rzeczowo zaczęła tłumaczyć:

- W dużej szafie są wybrane katalogi sprzed kilku lat. Przy każdym jest karta, na którym jest opis linii zapachowej, data premiery, unikatowy numer i inne dane. Zobacz sobie. – Gestem wskazała duże szuflady.

Otworzyłam pierwszą z brzegu i wyjęłam katalog. Było dokładnie tak, jak powiedziała. Zaczęłam przerzucać strony.

- Jedyne co cię interesuje w katalogu to opisy zapachów. Masz je napisać od nowa. Możesz zacząć od dowolnej kolekcji, to nie ma znaczenia. Nie przerażaj się – dodała widząc moją minę – dzisiaj tylko poprzeglądasz, oswoisz się, powąchasz i wybierzesz zapach, którym chcesz się zająć jako pierwszym. Jak się sprawdzisz, opiszesz pozostałe linie, a jak i to zrobisz dobrze, będziesz miała szansę ubrać w słowa najnowszą kolekcję, która wyjdzie w tym roku. – Poprawiła włosy i tym jednym gestem raz na zawsze rozwiała moje wątpliwości dotyczące tego, czy puszyste kobiety mogą poruszać się z gracją. Barbara była stuprocentową, brytyjską damą, to nie ulegało żadnej wątpliwości. – W szufladzie przy biurku masz laptopa, notatnik i inne przybory, możesz korzystać ze wszystkiego, co tylko będzie ci potrzebne. Jakieś pytania? – zapytała stojąc już jedną nogą za progiem.

- Nie. Wszystko jasne, pani Trey – rzuciłam na jednym oddechu.

- Jak już wybierzesz nad czym będziesz pracować - drugie piętro, pokój dwieście szesnaście, zapisuję co trzeba i jesteś wolna na dziś. – Ledwo skończyła zdanie, już zniknęła w korytarzu, a chwilę później ding-dong windy oznajmiło, że również z piętra.

Zostałam sama z niezliczoną ilością katalogów w jednej szafce i z taką samą liczbą małych, testerowych próbkach perfum w drugiej. Na chybił trafił powyciągałam po jednej książeczce z szuflad, które akurat wpadły mi w oko. W sumie na moim biurku znalazło się dziewięć katalogów. Zaczęłam czytać. Pierwszy, drugi, trzeci… Wszystko zlewało mi się w jedną, nierozróżnialną całość. Odkąd czujne oko Barbary opuściło to pomieszczenie, kac ponownie zaczął dawać mi się we znaki. Co chwilę odbijało mi się jałowcem i alkoholem, mdliło mnie niemiłosiernie i, w kryzysowych momentach, obawiałam się, że zarzygam nowe biurko. Byłam tak niewyspana i zmęczona, że literki układające się w wyrazy zaczęły przypominać mi chińskie znaki. Na rozbudzenie poszłam do szafy po więcej makulatury. Po trzydziestu minutach dziesiątki katalogów walały się po całej podłodze, a pośrodku, siedziałam ja, z nogami skrzyżowanymi po turecku i przerzucałam leniwie strony w poszukiwaniu czegoś, co szczególnie przykułoby moją uwagę.

Nie mam pojęcia ile katalogów zdążyłam przejrzeć, ile z nich naprawdę przeczytać, ale poczułam, że to droga donikąd. Niezwykłe połączenie białego piżma z nutą soczystej pomarańczy bla bla bla, oklepane do porzygu, ekskluzywny zapach ze zmysłową kompozycją bla bla bla. Cisnęłam przed siebie katalogiem. Kartki zaszeleściły w powietrzu i upadły na podłogę w rogu, przy szafie. Westchnęłam. Już miałam zamiar wziąć jakikolwiek zapach i powiedzieć Barbarze, że to mój długo szukany wybranek, gdy nagle do głowy wpadł mi inny pomysł. Mój skacowany mózg nie działał na zbyt wysokich obrotach, ba, on ledwo zipał z niewyspania i wyniszczenia alkoholem, dlatego dopiero teraz pomyślałam o tym, żeby zabrać się za tę pracę od drugiej strony. Usiadłam przy szafce z próbkami perfum i zaczęłam po kolei odkręcać testery i wąchać zapachy.

Zdążyłam powąchać zaledwie dwie półki, gdy w pokoju zrobił się już taki zaduch, że w połączeniu z moim opłakanym stanem to był jakiś cud, że nie zwymiotowałam na podłogę. Otworzyłam okno na oścież. Tego dnia nie było zbyt ciepło, ale to nawet wpłynęło na moją korzyść, chłodne powietrze orzeźwiło mnie nieco i przywróciło resztki świadomości. Spojrzałam na rozpościerające się na horyzoncie ulice Londynu. Wtem ktoś zapukał do drzwi. Ze strachu o mały włos nie wyskoczyłam przez okno. Szybko wszystko pozamykałam i już miałam powiedzieć proszę, gdy nagle ugryzłam się w język. Po całej podłodze, dosłownie wszędzie, walały się buteleczki z perfumami, kartki i katalogi. Ładna wizytówka, panno Vasply. Miałam zamiar udać, że mnie nie ma, wyszłam siku, popełniłam samobójstwo skacząc z okna, nieważne, nikt nie mógł zobaczyć tego arcysyfu. Pukanie rozległo się po raz drugi. Zgodnie z planem nie odpowiedziałam i niemal wstrzymałam oddech, jakby naprawdę ktoś mógł usłyszeć go przez drzwi. Już miałam odetchnąć z ulgą i poczuciem tryumfu, gdy nagle ktoś nacisnął na klamkę. Wzięłam głęboki wdech, automatycznie szukając w myślach jakiejś ratującej honor wymówki.

- Myślałem, że śpisz – powiedział Mały Książę w ogóle nie zwracając uwagi na bałagan.

Wyglądał niemal zupełnie tak samo, jak w dniu, gdy odwoził mnie do domu i zaproponował pracę. Miał na sobie wiśniową koszulę, czarne spodnie, bijący po oczach, złoty zegarek, loki ułożył na brylantynę.

- Dlaczego miałabym spać? – zachrypiałam, gdyż ze strachu przed wpadką z syfem na podłodze ścisnęło mi się gardło.

Książę uśmiechnął się wymownie i dopiero wtedy załapałam, że mój głos zabrzmiał jak u ostatniego, przepitego menela.

- Nocny wysiłek fizyczny może zaburzyć dzień. Wybrałaś zapach? – zapytał, jakby pierwsza uwaga nigdy nie padła.

Uniosłam do góry jedną brew. Jego komentarz totalnie zbił mnie z tropu. Liczyłam się z tym, że Zayn jest plotkarzem i mogę przez jego niewyparzony pysk mieć problemy, ale żeby do tego stopnia? Niemożliwe, nie mógł wiedzieć. Pewnie strzelił w ciemno, że byłam w klubie. Mam już urojenia. Taniec, Miley, taniec, myśl.

- Emm… Nie. Chcesz mi pomóc? – pytałam ze szczerą nadzieją w głosie.

- Dobrze. – Kiwnął głową i bez zbędnego komentarza zaczął szukać odpowiedniej buteleczki w mniejszej szafce. – Proszę. - Podał mi tester. Znalezienie zapachu zajęło mu jakieś trzy minuty.

Powąchałam i… Zamarłam. Poczułam jakieś dziwne ukłucie w środku i z wrażenia oparłam się o biurko. Woń lawendy i cytrusów bardzo szybko rozniosła się w powietrzu.

- Louis… - szepnęłam niezamierzenie i gdy tylko do mnie dotarło, że powiedziałam to na głos, zrobiło mi się głupio.

- Właśnie kończy ostatnią lekcję, podstawówka jest po drodze. Znajdź katalog do zapachu i wychodzimy stąd – rzucił z lekkim uśmiechem na ustach, ale mówił całkiem poważnie.

A więc to tak. Matematyk Louis uczył w szkole, dlatego miał wakacje. Że też wcześniej na to nie wpadłam.

- Dobra, gdzie jest katalog do tego? – zapytałam przystając na propozycje.

Wszystko było lepsze niż tkwienie bezsensownie w tej stercie papieru. Poza tym w głębi serca poczułam, że chcę zobaczyć Louisa. Powietrze przesiąkło jego zapachem. Nie, ja nie chciałam go zobaczyć, ja po prostu musiałam to zrobić. Nawet nie przypuszczałam, że tak za nim tęsknię.

- To jest półka 345/009, numer 123920. Katalogi i perfumy ułożone są dokładnie w tej samej kolejności.

- Emmm… Harry…? – Wymownie spojrzałam na masę katalogów porozrzucanych po całym pokoju.

- No tak. Przejebane. – Oparł się łokciem o szafkę. – Ale dobra, pomogę ci, chodź.


sobota, 14 grudnia 2013

Rozdział XV [+18]

- Stało się coś? – powtórzył pytanie wyraźnie zaniepokojony.

- Zamykałeś dzisiaj sklep, prawda?

Dopiero, gdy już wypowiedziałam te słowa, zdałam sobie sprawę z absurdu tej sytuacji; zadzwoniłam w środku nocy do chłopaka, na którego jestem teoretycznie obrażona i nie mamy kontaktu od Bóg wie jak dawna, po to by zapytać, czy zamknął sklep, w którym dzisiaj pracował. To miało sens.

- Ta-aak… - Był wyraźnie zdezorientowany. – A o co chodzi? Coś się stało? – zapytał po raz kolejny.

- Nie, nie, nic takiego, naprawdę. – Zaczęłam tak stanowczo zaprzeczać, że musiało być już dla niego oczywistym, iż tak naprawdę jestem na skraju załamania nerwowego. – Chociaż… - W mojej głowie zaświtała nowa myśl.

- Miley, o co chodzi? – dopytywał z uporem maniaka. – Powiesz w końcu, czy nie?

- Będę szczera. Jest środek nocy, potrzebuję wódki, a ty masz klucze do sklepu i liczę na to, że zrobisz dla mnie malutki wyjątek i sprzedasz mi jedną butelkę – wyrzuciłam z siebie na jednym tchu.

Zapadła cisza. Miałam wrażenie, że Zayn po prostu przetwarza w głowie po raz kolejny moje słowa, bo nie jest w stanie uwierzyć, że naprawdę powiedziałam właśnie to, co usłyszał. Minęło kilkadziesiąt sekund i chyba finalnie uzmysłowił sobie, że ta rozmowa ma miejsce w realnej rzeczywistości, bo wybuchnął tak głośnym śmiechem, że na pewno obudził wszystkich swoich domowników.

- Dobrą imprezę tam macie, co? – wykrztusił z siebie wciąż dusząc się ze śmiechu. – Widzę, że twoja słabość do drinków nabiera tempa, no ładnie, ładnie, to się nazywa desperacja! – Wyśmiewał mnie, ale w jego głosie słychać było czystą sympatię. – Ale wiesz co? Podziwiam cię, mi by było wstyd. Musisz mieć ostrego kaca albo, nie wiem, zajebistą imprezę, delirium tremens, imieniny cioci…

Zayn wpadł w swój charakterystyczny słowotok, tym razem o charakterze prześmiewczo-szyderczym, jednak gadał bardziej dla zgrywu i zaczepki, niż rzeczywistego wyszydzenia. Nawijał o moim alkoholizmie jak nakręcony, wymyślał coraz to nowe teorie, śmiał się jak wariat. W momencie, gdy właśnie miał przechodzić do kolejnego malowniczego opisu moich fizycznych dolegliwości związanych z odstawieniem wódki, poczułam… Samotność. Dosłownie w sekundę dopadło mnie paraliżujące uczucie samotności i pustki. Niezrozumienia. To było tak intensywne, że miałam wrażenie, że nie ma przy mnie nawet tlenu i zaczynam się dusić. Z trudem łapałam powietrze, które trafiało donikąd, bo w tamtej chwili czułam taką pustkę w sobie, że mogę się założyć, że nie miałam nawet płuc. Byłam całkowicie pusta w środku jak wydmuszka. Wydmuszka, którą niesforny dzieciak zrzucił ze stołu i właśnie, w kontakcie z podłogą, pękła na drobne kawałeczki. Coś mówiło mi, że to jest właśnie koniec, że w tym momencie jakaś część mnie umarła w środku. A może nie tylko część? W otępieniu sama nie rozumiałam swoich myśli, ale natrętnie, w kółko w głowie szepty uświadamiały mi, że klamka zapadła, kurtyna opadła, właśnie teraz wydarzy się coś, co zakończy pewien etap. Nie rozumiałam tego zupełnie. Wiedziałam tylko, że to uczucie próżni wewnątrz za chwilę rozerwie mnie na kawałki. Zaczęłam płakać. Mój szloch był tak żałosny, że w samej sobie budziłam litość. Nie słyszałam Zayna, nie słyszałam głosów w głowie. Zostałam tylko ja i nic więcej.

- …proszę cię, tylko powiedz, czy jesteś w domu. – Usłyszałam po chwili jakby spod wody.

- Przed – szepnęłam drżącym głosem, jakby to już było moje ostatnie tchnienie.

- Nie ruszaj się stamtąd. Będę za dziesięć minut – powiedział śmiertelnie poważnie i, nawet jak na niego, niesamowicie szybko, po czym rozłączył się nie czekając na odpowiedz.

Powrót do normalności zajął mi kilka minut. Z powrotem zaczęłam czuć chłodny wiatr, dygotać z zimna, myśleć. Nie wiedziałam, co powiem Zaynowi, gdy już tu się zjawi. Tak naprawdę, jakkolwiek cynicznie by to nie brzmiało, chciałam od niego tylko tę wódkę, a moje rozchwianie emocjonalne wolałam przeżywać w błogiej samotności, bez ludzi, którym musiałabym się tłumaczyć, spowiadać, wyjaśniać swoje myśli, których i tak nigdy nie zrozumieją. Ale cóż, przygotowałam się na to, że nie wszystko musi pójść zgodnie z planem. Teraz byłam skazana na towarzystwo, którego najbardziej nie chciałam w takim momencie najbardziej na świecie – ultragadatliwego Zayna, który nic o mnie nie wiedział, nie znał mojej historii, a w dodatku byłam święcie przekonana, że i tak, w swoim beztroskim uosobieniu, nie będzie w stanie mnie zrozumieć i w jakikolwiek sposób pomóc. No, chyba że naprawdę przyniesie tę wódkę. Ale istniał na tym świecie ktoś, kto by zrozumiał. Ktoś, kto by nie wypytywał, po prostu by wiedział. Spojrzałam na zegarek w telefonie. Była pierwsza dwadzieścia dwie. Zayn rozłączył się sześć minut temu. Miałam jeszcze chwilkę. Wybrałam numer.

- Co-oo… Co jest? – Jego głos sugerował, że właśnie przerwałam mu jakąś bardzo absorbującą czynność. Odebrał dopiero przy czwartym sygnale, jednak nie brzmiał na zaspanego, raczej na zdezorientowanego.

- W sumie to nic – odpowiedziałam tak głupio, że gorzej już się chyba nie dało.

- Stało się coś? – powtórzył ulubioną kwestię dnia Zayna.

- Nie, chciałam tylko… - No właśnie, co ja chciałam? Sama nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na to pytanie. – Chciałam tylko pogadać, ale chwilkę, rozumiesz…

- Kto to? – zapytała Eleanor gdzieś w tle.

Rozpoznałam jej głos bez najmniejszego problemu. Przygryzłam dolną wargę, aż poczułam ukłucie bólu. To wszystko nie miało żadnego sensu.

- Nic ci nie jest? Wytrzymasz do jutra? – pytał, jak się spodziewałam, o mój stan, a nie o powód.

- Tak, myślę, że tak…

- Słuchaj – ściszył głos do szeptu i po zmienionej akustyce pomieszczenia domyśliłam się, że wyszedł do kuchni – nie mogę teraz rozmawiać. Oddzwonię do ciebie jutro, dobra?

- Tak, jasne. Wybacz, że przeszkodziłam… - Chciałam się dalej tłumaczyć, ale żadne mądre zdanie nie przyszło mi do głowy.

- Nie ma sprawy. Pogadamy jutro. Dobranoc Miley – rzucił ciepło, ale w jego głosie czuć było dziwny dystans.

- Dobranoc Lou – odpowiedziałam ciągłemu sygnałowi w słuchawce.

Nie zdążyłam się nawet na powrót załamać i poczuć odrzucona, gdy mój wbity w podłoże wzrok zarejestrował trampki Zayna. Podniosłam głowę. Stał przede mną i zdejmował z siebie czarną kurtkę. Został jedynie w koszulce z wielkim znakiem Batmana na torsie. Podał mi rękę i podniósł mnie z krawężnika, bez słowa zakładając mi swoją budrysówkę.

Gdy weszliśmy do mojego domu, nie bardzo wiedziałam co robić i jak się zachować. Usiadłam po turecku na drewnianej podłodze. Zayn zrobił dokładnie to samo naprzeciwko mnie. Dopiero teraz zauważyłam, że w rękach trzyma butelkę ginu. Ten widok przyniósł odczucia podobne do smaku piołunu z miodem – nienawidziłam tego jałowcowego gówna, ale naprawdę czułam, że potrzebuję alkoholu, więc i tak błogosławiłam w myślach Zayna, że przyniósł cokolwiek wysokoprocentowego. Byłam tak zdesperowana, że smakowałoby mi chyba nawet płyn do spryskiwaczy, oby tylko miał dobry procent.

- Znalazłem w barku wujka. Proszę – powiedział i podał mi butelkę. Był dziwnie milczący.

- Dzięki, wezmę szklanki.

- Nie, nie, ja pasuję – zaprotestował. – Nie piję alkoholu, ale jeśli nie miałabyś nic przeciwko…

Z delikatnym uśmiechem wyjął z kieszeni papierośnicę, w której leżało równiutko ułożone kilka skrętów. Wygrzebał jednego i uniósł przed moje oczy przekręcając na bok głowę w pytającym geście. Wyglądał jak mały szczeniak proszący pana o spacer.

- Nie krępuj się. – Cień uśmiechu przebiegł po mojej twarzy.

Dopiero teraz zauważyłam, że w rzeczywistości Zayn na urodzinach Eleanor nie wypił nawet kropli. Za to nadrobił innymi używkami z nawiązką.

- No, to zdrowie. – Odkręciłam butelkę i wzięłam spory łyk. Skrzywiłam się. Nie dość, że gin był ohydny, to jeszcze palił jak diabli.

- Oj, chyba jednak nie masz aż takiej pijackiej wprawy. – Zaśmiał się i figlarnie puścił do mnie oko. – Zdrowie, Maleńka – odpowiedział i zaciągnął się głęboko dymem ze skręta.

Widziałam, że Zayn ze wszystkich sił stara się poprawić mi humor, dlatego wciąż inicjował swoje niewinne flirciki i raczył mnie czułymi, nierzadko dwuznacznymi słówkami. Doceniałam jego starania, ale nic mu z tego nie wychodziło. Wciąż, gdzieś tam głęboko w sobie, czułam tę przerażającą pustkę, która pulsowała we mnie bólem niczym bolący ząb. Wiedziałam, że tak naprawdę nie dbam już o nic i z niczym nie walczę. Pierwsze emocje opadły, zobojętniałam. Pociągałam co kilka minut solidny łyk ginu, który jeszcze bardziej przytępiał wszystkie moje uczucia i myśli. Alkohol w tym momencie był dla mnie jak morfina na egzystencjalnego raka.

- No, Mils, teraz przyszła ta chwila, w której mówisz mi, co złego cię spotkało, a ja pocieszam cię i odpowiadam, żebyś nie przejmowała się ludźmi, bo, skoro cię ranią, to nie są tego warci. – Zayn w końcu rozgadał się w charakterystyczny dla siebie sposób, jednak, prawdopodobnie za sprawą marihuany, nieco bardziej filozoficznie.

Bez słowa skinęłam głową w kierunku zwiniętej w kulę kartki papieru, która leżała po drugiej stronie pokoju. Brunet jak na komendę wstał, podniósł znalezisko i energicznymi ruchami zaczął rozprostowywać papier na blacie starego kredensu.

- Widzę, że ostro było, co? – Rzucił mi spojrzenie przez ramię, nie przestając prasować ręką kartki. – Na pewno mogę…?

- Jasne – odpowiedziałam krótko, postawiłam butelkę i położyłam się na plecach na podłodze.

Z tej niecodziennej perspektywy patrzyłam na Zayna, który stał nade mną pochłonięty czytaniem wypocin Cassie. Miał na sobie czarne trampki, spodnie w tym samym kolorze i tę Batmanową koszulkę również bez kolorystycznych rewelacji. Wszystko to tworzyło jakby jeden, wspólny motyw z jego śniadą karnacją, charakterystyczną dla osób pochodzących z Bliskiego Wschodu. Przypomniałam sobie tamtą noc, kiedy tańczyliśmy w klubie i czułam zapach jego skóry, który przywodził na myśl ciepło, zmysłowość, orientalizm, namiętność, słońce. Nie byłam pewna, czy właśnie tak pachną wszyscy Mulaci, czy to może indywidualna cecha Zayna, jednak pociągało mnie to bez wątpienia. Podobnie jak jego egzotyczna uroda. Gdy stał tak nade mną, robiąc coraz większe oczy nad wymiętą kartką, przyszło mi na myśl, że ten niegrzeczny chłopak o umysłowości dziecka, naprawdę jest cholernie seksowny.

- Ta laska, to jakaś nawiedzona – rzucił nie odrywając wzroku od kartki. – Ciekawe kim są jej rodzice. Prorok i Dziewica Bogu Poślubiona? Hę? – Był wyraźnie zdegustowany stylem wypowiedzi Cassie.

- Prawie – odpowiedziałam szczerze rozbawiona. – Jej matka jest kucharką, ojciec szewcem. Ale nie zawiodę cię, bo ma w sobie coś na wzór boskiego pierwiastka. Jest stwórcą skórzanych butów, które robi sam, własnoręcznie. Oczywiście nikt tego nie kupuje i chodzi w nich tylko jego rodzina i najbliżsi krewni, ale mniejsza o to. Najważniejsze, że dokonuje aktów stwórczych – zakończyłam naśladując uprzedni, filozoficzny ton Zayna.

- Buty, stwarza coś z niczego. Buty znikąd. Ładnie – wymamrotał pod nosem, jakby naprawdę uwierzył w nadprzyrodzone zdolności ojca Cassie, Marka Dawsona, po czym ponownie pogrążył się w lekturze.

Od leżenia na drewnianej podłodze zaczęły boleć mnie plecy. Podniosłam się i z powrotem usiadłam po turecku, powracając również do pozostawionej samotnie butelki ginu. Zayn skończył lekturę. Zgniótł kartkę w kulę i z rozmachem przywalił nią o ścianę, dokładnie tak samo, jak ja przed kilkoma godzinami. Parsknęłam nieokiełznanym śmiechem. Kula papieru trafiła niemal dokładnie w to samo miejsce, co przy moim rzucie i odbijając się, z prędkością torpedy, wylądowała tam, skąd podniósł ją brunet. Nie wiedziałam, jakim cudem on to zrobił, ale prawie dusiłam się ze śmiechu.

- No, co? Po prostu odłożyłem na miejsce. – Wzruszył ramionami, jakby w tym wszystkim nie było nic dziwnego, ale widziałam, że resztkami sił powstrzymuje śmiech.

Usiadł naprzeciwko mnie, krzyżując nogi w pozycji kwiatu lotosu. Alkohol coraz bardziej mącił mi w głowie, ale coś w moim umyśle mówiło mi o powiązaniach tej rośliny z kulturą arabską, jednak nie potrafiłam sobie przypomnieć właściwego związku.

- Zayn, co oznacza kwiat lotosu? – zapytałam tym samym dając dowód swojego nietrzeźwego stanu.

- Jak to co? Że tak siedzę? – Przypalił kolejnego skręta.

- Nie, ogólnie. Znaczy nie ogólnie – poprawiłam się szybko kompletnie dezorientując chłopaka – tylko dla Arabów. Dla was lotos coś znaczy, no nie?

- Nas? – Uśmiechnął się wypuszczając dym. – Urodziłem się tutaj i nigdy w życiu nie byłem zagranicą. Ale mój ojciec jest Egipcjaninem, więc, jeśli chcesz to go zapytam. Wątpię, żeby wiedział, no ale to Arab… - dokończył powracając do filozoficznego tonu. – Chociaż, poczekaj, chyba wiem. Znaczy nie wiem – automatycznie przejął mój chaotyczny styl mówienia – ale wiem, że w godle Indii jest lotos – pochwalił się wiedzą i niemal spęczniał z dumy.

- Ale w Indiach nie ma Arabów, nie? – W głowie miałam taką karuzelę, że nie byłabym w stanie nawet odnaleźć tego kraju na mapie.

Zayn zaśmiał się głośno i gardłowo.

- Trzymaj – podał mi palącego się jointa – bo już nie mogę tego słuchać. – Uśmiechnął się czule, jak matka włączająca dziecku jego ulubioną kreskówkę, żeby się uspokoiło.

Wciągnęłam dym w płuca i od razu zaczęłam krztusić się i kaszleć, aż poczułam cieknące łzy. Oddałam tlący się niedopałek patrząc na niego, lekko przekrwionymi oczami, ze wstrętem. Zapiłam kaszel ginem.

- Wiesz co, Miley? – Czarne tęczówki Zayna były wymierzone prosto we mnie. – Fajna jesteś, serio. Nie przejmuj się jakimś głupim pierdoleniem bez sensu. – Skinął na poturbowany list. – Nie wiedziałem, że przyjechałaś tu z przymusu i w ogóle, cała ta akcja z twoim domem, ciężka sprawa. – Zamyślił się, jakby szukał odpowiednich, czy raczej jakichkolwiek, słów. – Nie bój się, ze mną nic ci tu nie grozi. – Uśmiechnął się ponownie wbijając wzrok w moją twarz.

Uśmiechnęłam się krzywo. Nie miałam ochoty tłumaczyć mu, że to wcale nie sprawa domu, z którą zdążyłam się już oswoić, wzbudziła we mnie tak negatywne emocje. Przysunęłam się bliżej niego. Nie wiedziałam dlaczego, ale wciąż w głowie próbowałam dokładnie odtworzyć zapach jego skóry, co nie do końca potrafiłam zrobić, więc zapragnęłam go po prostu poczuć. Niechcący, niewątpliwie za sprawą procentów we krwi, przysunęłam się odrobinę za blisko niż planowałam, tak że wylądowałam prosto w ramionach Zayna. Jakkolwiek głupio i nieprawdopodobnie by to nie brzmiało, po prostu przypadkowo wtuliłam się w niego, przylegając całym ciałem, bez żadnych oporów, do jego torsu.

- Wiesz, co do tamtej nocy, wtedy w klubie – powiedział przerywając ciszę - to chciałem…

- Daj spokój – rzuciłam z chęcią zakończenia tej rozmowy.

- Chciałem cię przeprosić – kontynuował mimo mojego protestu – bo należą ci się przeprosiny, zachowałem się jak ostatni chujek. – Spojrzał na mnie oczami zbitego psa.

- Zayn, nie ma sprawy, serio – nalegałam, żeby skończył ten temat. – Naprawdę nie chce mi się do tego wracać i teraz to roztrząsać. Nie mam do ciebie żadnej urazy – powiedziałam całkowicie szczerze, co podziałało, bo Zayn jedynie uśmiechnął się delikatnie na znak porozumienia i bez zbędnych słów umilkł.

Przyciągnął do siebie popielniczkę, w której zostawił niedopalonego skręta i gestem dłoni nakazał mi, żebym przysunęła swoją twarz do jego twarzy. Nie bardzo wiedziałam, o co mu chodzi, ale wykonałam polecenie, tym bardziej, że i tak wciąż tkwiłam wtulona w niego, więc wystarczyło, żebym podniosła wzrok. Zayn zapalił jointa, zaciągnął się dymem, pochylił powoli w moją stronę i, gdy nasze usta dzieliły zaledwie milimetry, zrozumiałam, co mam zrobić i rozchyliłam wargi. Delikatnie wypuścił cienką stróżkę niebieskiego dymu, którą wciągnęłam w płuca prosto z jego ust. Uśmiechnął się, ale ani drgnął. Myślałam, że spróbuje mnie pocałować, ale on jedynie patrzył na moją twarz z sympatią. Jego oczy były tak ciemne, że nie potrafiłam rozróżnić źrenic od tęczówek. Poddałam się jego, penetrującemu mózg, spojrzeniu i zaczęłam wchłaniać zapach Zayna. Tak jak niegdyś, podziałał na mnie jak zastrzyk adrenaliny prosto w serce. Nie potrafiłam zrozumieć, co ten chłopak ma takiego w sobie, ale każdym najdrobniejszym gestem wzbudzał we mnie takie pożądanie, że niemal gwałciłam go wzrokiem. Wieki minęły od czasu, kiedy ostatni raz byłam z mężczyzną. Tymczasem na wyciągnięcie ręki siedział seksowny chłopak, o cudnej, egzotycznej urodzie, podniecająco pachnący i pożerający mnie wzrokiem. W mojej głowie zrodziła się przerażająca, ale wyjątkowo kusząca myśl. Przeszył mnie drobny dreszcz, który zogniskował się na wysokości bioder w postaci pulsującego ciepła.

Wstałam z podłogi, otrzepałam spodnie i podniosłam pozostawioną na miejscu, gdzie wcześniej leżałam, butelkę ginu. Odkręciłam korek i, nie zwracając uwagi na obrzydliwy posmak jałowca, duszkiem wypiłam sporą część z tego co jeszcze zostało. Skrzywiłam się z niesmakiem i otarłam usta rękawem. Zayn zaśmiał się jak małe dziecko. Machnęłam charakterystycznie ręką, dając mu do zrozumienia, żeby wstał. Niezgrabnie zgramolił się z podłogi i stanął przede mną wyprostowany jak żołnierz na apelu. Wymieniliśmy zdawkowe uśmiechy.

W sekundę podjęłam decyzję. Jednym ruchem przyciągnęłam go do siebie i bez chwili zawahania przycisnęłam jego usta do swoich. Zaczęłam całować go z taką pasją, że sama byłam zaskoczona swoją namiętnością. Odwzajemnił mój pocałunek równie silnie i emocjonalnie. Czułam, że jest tak samo podniecony jak ja. Przygryzłam jego dolną wargę. Przycisnął mnie do siebie i zamruczał mi do ucha. Po kręgosłupie przeszły mi ciarki. Odsunęłam go energicznie od siebie i spojrzałam mu w oczy, w których nieprzenikniona czerń pulsowała pożądaniem. Na jego lekko rozchylonych ustach nie było już śladu niewinnych uśmiechów. Z powagą świdrował mnie spojrzeniem, które jasno ukazywało jego podniecenie.

Jak na komendę, nagle obydwoje zaczęliśmy w pośpiechu zdejmować z siebie ubrania. Gwałtownie zrzucał kolejne części garderoby, tak że w momencie staliśmy naprzeciwko siebie całkowicie nadzy. Ledwo zdążyłam omieć wzrokiem jego niezwykle męskie, nagie ciało, gdy stanął tuż przy mnie i ponownie zaczął namiętnie całować moje usta. Jego wargi wpijały się w moje, podczas gdy dłońmi pożądliwie dotykał mojego ciała, jakby obrysowując piersi, linię talii, biodra, pośladki. Przyległam do niego całą sobą. Od jego skóry bił żar i zapach mężczyzny. Czułam się przy jego obnażonej posturze krucha i uległa. Pragnęłam go tak bardzo, że wszystko inne było mi już całkowicie obojętne, chciałam tylko, żeby wziął mnie tu i teraz, w tym pokoju, na tych drewnianych, zimnych panelach. Popchnęłam go i całym swoim ciężarem zmusiłam do położenia się na podłodze. Leżeliśmy przy sobie i zachłannie pieściliśmy się wzajemnie. Miałam ochotę zacząć prosić go, żeby w końcu to zrobił, ale nie musiałam długo czekać. Zayn złapał mnie za pośladki, przycisnął mocno do siebie i zaczął mnie kochać szybko i namiętnie. Czułam na przemian jego pocałunki i ciężki, gorący oddech na swojej szyi, uchu, ustach, ramionach. Przyciskałam go z całych sił do siebie, chciałam żeby był jak najbliżej, poczuć jego ciepło, bliskość, namiętność. Na przemian wtulałam twarz w jego ramiona wdychając zapach jego skóry i całując każdy kawałek ciała, jaki tylko miałam w zasięgu ust i patrzyłam w jego czarne, płonące z pożądania oczy. Uchwycił moje spojrzenie. Nie odrywając wzroku od mojej twarzy, splótł swoje dłonie z moimi i silnie przygwoździł mi ręce do podłogi. Doszedł w tej pozycji wciąż patrząc mi w oczy.

Było tak cicho, że w domu słychać było jedynie nasze głębokie, powoli powracające do normy oddechy. Leżeliśmy obok siebie na plecach spoceni, wyczerpani, zaspokojeni sobą. Seks z Zaynem był o wiele bardziej intensywny i namiętny od tego, który dotychczas znałam. Spojrzałam na niego z ukosa. Na jego twarz powrócił delikatny, niewinny uśmieszek. Ręką sięgnął za głowę i po omacku natrafił na swoje spodnie, z kieszeni których wyciągnął paczkę papierosów. Wciąż nie ruszając się z miejsca, zapalił dwa i bez słowa podał mi jednego. Podziękowałam spojrzeniem pełnym błogości.

- Zayn, wierzysz w Boga? – zapytałam przerywając ciszę.

- Tak, ale chyba nie w tego co ty – odpowiedział jeszcze lekko drżącym z emocji głosem. – Jestem muzułmaninem – dodał.

Ponownie zapadła cisza przerywana jedynie odgłosem żaru spalających się papierosów.

- A ty? – zapytał odwracając twarz w moją stronę. – Wierzysz w Boga?

- Wciąż się waham. – Wypuściłam powoli dym z płuc.

sobota, 30 listopada 2013

Rozdział XIV

Dni dłużyły mi się niemiłosiernie w oczekiwaniu na odpowiedź Cassie na mój list (napisałam jej swój numer telefonu, dlaczego nie zadzwoniła?). Nie miałam kompletnie nic do roboty, żadnych obowiązków. Pozostawało mi tylko spokojnie czekać – na znak od Cass, pierwszy dzień pracy, jasność umysłu, chęć do życia, finalnie na śmierć. Najgorsze było to, że w tym całym rytuale wiecznego czekania w żaden sposób nie potrafiłam wypełnić wolnego czasu i znaleźć jakiegokolwiek kreatywnego zajęcia chociażby na jeden dzień. Snułam się godzinami na przemian po okolicy i po mojej walącej się chałupie, wciąż myśląc o prezencie od Louisa i o Cassie.

Wciąż nie mogłam uwierzyć, że Louis kupił tę broszkę specjalnie dla mnie. Coś tu nie pasowało. No, może poza początkowym opisem właścicielki ozdoby, którą Lou nazwał wredną, niezgrabną i coś tam jeszcze, nieważne. To był jedyny element, który pięknie zazębiał się z całą historią, nic poza tym. Broszkę przywiozła mi Eleanor, dostała ją od Lottie… Czy Louis ryzykowałby angażując w ten dziwny prezent dwie osoby i to w dodatku swoją dziewczynę, co byłoby, delikatnie mówiąc, wielce niestosowne? To wszystko wydawało mi się tak nieprawdopodobne, iż zaczęłam podejrzewać, że jego wersja, którą przedstawił mi u siebie w domu, była wymyślonym na poczekaniu kłamstwem. Co jeśli tę broszkę naprawdę zgubiła jego kochanka? Jeśli zgubiła, to nie wie gdzie. Jeśli nie wie, to nie znajdzie. Nic prostszego niż wmówić, że była specjalnie dla mnie i oczyścić się ze wszystkich zarzutów z dodatkowym bonusem wzbudzenia sympatii i wdzięczności. To przykre, że tak źle myślę o moim nowym przyjacielu. Nie chciałam oczerniać go w swoich szpiegowskich zapędach, ale bardzo ciężko było mi uwierzyć, że nieziemsko przystojny i inteligentny mężczyzna, który spędza swoje życie u boku idealnej kobiety, może interesować się kimś tak zmizerniałym jak ja. I fizycznie i duchowo. Odruchowo podeszłam do wielkiego, barokowego, gównianego lustra – w odbiciu nie widziałam „tego czegoś”, o którym wspominał Louis, żadnej wyjątkowości, wdzięku. Poczochrana, niska brunetka o zaokrąglonych kształtach, z miną, która mogłaby uchodzić za wizualizację filozofii Schopenhauera. Totalny zanik jakiegokolwiek piękna.

Było wczesne popołudnie, świeciło przyjemne, wrześniowe słońce, dlatego postanowiłam przejść się po okolicy. Od dziecka denerwowały mnie spacery bez żadnego celu – jak już idę to dokądś. Zazwyczaj z własnej woli nie chodziłam bezsensownie po ulicach, ale jak na złość moi rodzice mieli rytuał cotygodniowego spaceru w niedzielę po nabożeństwie. Pamiętam, że już jako kilkuletnie dziecko zawsze wyobrażałam sobie cel naszej podróży i co tydzień biłam swoje własne, stare rekordy w wymyślaniu coraz bardziej nieprawdopodobnych i fantastycznych miejsc, do których zmierzamy i baśniowych stworzeń, które tam na nas czekają. Jednak już wyrosłam z wróżek i elfów, dlatego wymyśliłam sobie inne zajęcie, koniecznie do spacerowania – policzenie wszystkich psów w całej wsi. To był pomysł na miarę geniusza, wprost idealny dla mnie; przede wszystkim czasochłonny, a do tego totalnie idiotyczny. Założyłam ciepłą bluzę i wzięłam ze sobą jedynie telefon i papierosy.

Wieś, w której tymczasowo mieszkałam, okazała się dużo większa, niż przypuszczałam do tej pory. Błąkałam się po wąskich alejkach starając się zapamiętać, czy w moim spisie uwzględniłam już tę uliczkę, czy jeszcze nie i wypatrywałam włochatych czworonogów za ogrodzeniami, które co i raz obszczekiwały mnie wybiegając niespodziewanie zza niskich, pięknych domków wyglądających równie przytulnie co krucho. I właśnie, gdy odnotowałam szesnastego kundla, który merdając ogonem spoglądał na mnie czarnymi ślepkami połyskującymi za czarnym ogrodzeniem, znowu nieuchronnie przypomniała mi się Cassie. A raczej jej pies, Dino, który mógłby być bratem bliźniakiem okazu zza siatki. Kucnęłam i niepewnie przełożyłam rękę pomiędzy metalowymi prętami ogrodzenia. Zwierze podbiegło, dotknęło moich palców mokrym noskiem i zaczęło jeszcze intensywniej machać ogonem. Zatopiłam dłoń w miękkim futrze mojego nowego przyjaciela, co jeszcze mocniej sprowokowało narzucające się wspomnienia w mojej głowie.

Ostatnie tygodnie przed moim niespodziewanym wyjazdem ciągle kłóciłyśmy z Cassie, kompletnie nie potrafiłyśmy się dogadać, nawet w najbardziej banalnych kwestiach. Obie wiedziałyśmy, że coraz bardziej oddalamy się od siebie, chociaż w żaden sposób nie potrafiłyśmy temu zaradzić. Chciałam to najzwyczajniej w świecie przeczekać. Wiedziałam, że Cassie, jako młodsza ode mnie, właśnie przechodziła okres młodzieńczego buntu, który w jej przypadku był nie tyle buntem, co całą rewolucją. Starałam się być wyrozumiała do granic możliwości, ale jej gówniarskie wybryki działały mi na nerwy tak mocno, że momentami nie dawałam sobie już rady i, nie przebierając w słowach, beształam ją od góry do dołu. Całej relacji pikanterii dodawał fakt, że rodzice Cassie, państwo Dawson, jako przyczynę nieodpowiedniego (chociaż słowo „popieprzonego” zdecydowanie bardziej oddawałoby faktyczny stan rzeczy) zachowania córki jednogłośnie wskazywali mnie i Sama, jako źródło „złego wpływu”. Toteż Cassie od pewnego czasu miała permanentny zakaz spotykania się ze mną i szajką Sama i wszystkie nasze wspólne wypady zawsze odbywały się po kryjomu – albo Cass uciekała w nocy cichcem z domu, potem niby nic wślizgując się nad ranem z powrotem do swojego łóżka, albo kłamała, że spotyka się z którąś z koleżanek, której rodziców Dawsonowie nie znali na tyle, żeby móc to zweryfikować. Absurd całej tej sytuacji tkwił w tym, że to właśnie ja byłam jedyną osobą w otoczeniu Cassie, która sprowadzała ją na ziemię i próbowała zapobiegać jej coraz to głupszym wyczynom. Im bardziej rodzice izolowali ją ode mnie, tym więcej Cassie sprawiała im kłopotów. Mimo to nic ich myślenia nie potrafiło zmienić, od zawsze byłam dla nich ucieleśnieniem samego szatana, jako ta wredna, pyskata, paląca papierosy, a do tego pisząca jakieś mroczne (na pewno szatańskie) książki zamiast, jak Pan Bóg przykazał, zająć się pobożnymi pismami. Właśnie. Zapomniałam wspomnieć, że Dawsonowie byli tym stereotypowo pobożnym małżeństwem, które jest świętsze od samego Jezusa i grzechu nigdy nie doświadczyło. Byli zdewociali do cna, więc jak wszystkie dewoty, przesiadywali w moim domu godzinami, jeszcze bardziej działając mi na nerwy. Przecież każdy szanujący się, świętobliwy do granic możliwości człowiek, musiał mieć jak najlepsze kontakty z pastorem. To dodawało plusów do pobożności. Nienawidziłam ich wszystkich równie mocno, jak oni mnie.

Ale wróćmy do początku. Cassie poznałam, gdy jeszcze była kilkuletnim berbeciem śpiewającym z przymusu rodziców w parafialnym chórku. Zupełnie jak ja. Na chwałę Pana. Z tą różnicą, że ja, jako w miarę umiejąca śpiewać córka pastora, miałam tę zaszczytną funkcję prowadzenia grupy dziecięcej, więc początkowo Cass była moją uczennicą. Dorastała na moich oczach, dlatego jej gwałtowna przemiana raziła mnie jeszcze mocniej, tym bardziej, że gdy doroślała, nie zmieniała się w ogóle, jedynie rosła. Od zawsze była kruchą, drobną dziewczynką o niebieskich oczach, a w niesfornych blond loczkach nosiła błękitną kokardę, która jeszcze bardziej dodawała jej uroku i słodyczy niewinnej istotki. Oczywiście, jako nastolatka zrezygnowała z takich gadżetów, ale nadal zakładała długie, kwieciste sukienki, trochę w stylu hippie.

Jak to się stało, że ja, połączenie niepokornej duszy i niewyparzonej mordy, zaprzyjaźniłam się z kimś takim jak Cassie? Gdy tak przyglądałam się tej wątłej ofierze losu, z której cała szkoła śmiała się do rozpuku, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę ona ma więcej jaj niż ja. Była stereotypowym kujonem, w którego na lekcjach rzucano papierkami, nie miała żadnych znajomych, każdą wolną chwilę spędzała albo nad książkami, albo w zborze, a wszyscy rówieśnicy szydząc nazywali ją „świętą Cassandrą”, „cnotką niewydymką” i wiele innych wyzwisk, których nie warto przytaczać. Mimo tego całego piekła ona wciąż pozostawała sobą – dalej chodziła do zboru, czytała książki, wygrywała konkursy matematyczne i miała ich wszystkich głęboko w dupie. Wtedy po prostu zaprosiłam ją na herbatę. Wiedziałam, że się dogadamy.

Łączył nas jedynie hardy charakter, poza tym byłyśmy całkowicie różne i dzięki temu nasza przyjaźń nabrała szczególnego wymiaru. Jednego dnia czytałam z nią książki, piłam herbatę i jadłam zbożowe ciasteczka pomagając jej przy wypracowaniach z angielskiego, drugiego Sam i jego kumple wozili nas motorami i chwalili się nowymi tatuażami. Czasem słuchałam jak Cassie wykonuje Mozarta, Liszta, nokturny Chopina, których szczególnie nienawidziłam, ale i tak słuchałam tych melodii z zapartym tchem z podziwu dla umiejętności muzycznych Cass, a innym razem skakałyśmy wydzierając się na całe gardło przy ostrych, rockowych brzmieniach na koncertach Sama. Byłyśmy świetne.

Westchnęłam. Dwudziesty drugi pies wyglądał bardziej jak wyliniały kot, ale stwierdziłam, że go uwzględnię. Szczeknął, jest psem. I taki był właśnie ostatni w moim spisie reprezentant psowatych znajdujących się w całej wsi, bo dom, którego pilnował, a raczej przed którym prawie zdychał, okazał się ostatnim na drodze wyjazdowej z tej miejscowości. Czekała mnie teraz droga powrotna dokładnie z jednego krańca dość rozległej wsi na drugi. Zapaliłam papierosa. Wieczorny chłód dyskretnie unosił się znad chodników otulając moje nogi. Gdzieś daleko na horyzoncie zachodziło słońce. Z powodzeniem zabiłam ten dzień.

Co sprawiło, że nieugięta, delikatna i dziewczęca Cassie, którą tak uwielbiałam, z dnia na dzień stała się swoim własnym, skrajnie radykalnym przeciwieństwem? W sumie to pytanie retoryczne, dokładnie wiedziałam co, a raczej kto – Sam. Gdy tylko poznała mojego przyrodniego brata od razu zauważyłam, że w jego towarzystwie dziwnie się zachowuje. Była speszona, milcząca, nieśmiała. Nie było w tym nic dziwnego, że facet w skórze, pijący wódkę ze szklanki, budzi w jej niewinnym serduszku takie uczucia. Ale nigdy, nigdy w życiu nie przypisałabym tego zachowania wyższym uczuciom. Dopiero z czasem zauważyłam, że ona najzwyczajniej w świecie na niego leci. Sam fascynował ją, był dla niej uosobieniem zakazanego owocu, świata, w którym nigdy nie była i który znała jedynie z telewizji i książek ukrywanych skrzętnie przed rodzicami. Myślałam, że gdy bliżej go pozna, to wszystko minie równie szybko jak przyszło, tymczasem ona zadurzała się w nim coraz bardziej i coraz jawniej. Nie była głupia, miała oczy i uszy (i jeszcze trochę rozumu), a to w zupełności wystarczyło, żeby wiedzieć, że Sam traktuje kobiety jak zabawki i zalicza wszystko, co ma fajną figurę i ładnie kręci tyłkiem. On posuwał swoje fanki, ona płakała wieczorami w poduszkę. Ja kochałam Sama, ona kochała Sama, Sam kochał rocka, wódkę, seks i narkotyki. Współczesny Sienkiewicz miałby świetny miłosny trójkąt do nowej powieści, z tym że jedynie Samuel nie ukrywał swoich uczuć, a wręcz emanował nimi na każdym kroku.

Przełom nastąpił w zeszłoroczne Boże Narodzenie, kiedy dostałam pod choinkę od Samuela-Mikołaja wymarzony prezent. Chłopaki zorganizowali kulig, a raczej coś na wzór kuligu, bo ciągnęli nas na sankach, które były przyczepione do motorów. Wiem, dość niemądra zabawa, ale czy było w ogóle coś mądrego kiedykolwiek w naszych działaniach? Oczywiście nasi motocykliści nie chcieli nam zrobić krzywdy, więc zawrotnych prędkości, delikatnie mówiąc, nie rozwijali. Jeździliśmy po polnych drogach, a gdy tylko któryś z chłopaków dodał lekko gazu, darłyśmy się jak oparzone, że słychać nas było na całą okolicę. Po kilku przejażdżkach Sam powiedział, że musimy się zwijać, pożegnaliśmy się z resztą, która niezbyt przejęła się naszym zniknięciem i kontynuowała zabawę. Założyłam kask, wskoczyłam na motor, usadowiłam się za Samem i objęłam go mocno w pasie, a po chwili już nas nie było. Nie, nie zabrał mnie w żadne romantyczne miejsce, żadnych świec, róż, nic podobnego. Byliśmy w jego kawalerce, gdzie pod żyrandolem wisiała ogromna gałąź jemioły, którą zapewne przywiązała tam moja mama. To właśnie wtedy, późnym popołudniem, Sam ujął mnie delikatnie za podbródek i pocałował pod tą jemiołą. Pamiętam do tej pory, że całował mnie z uczuciem, bez namiętności, bardzo subtelnie i pod swoimi wargami czułam, że co jakiś czas lekko się uśmiecha. Zawsze fantazjowałam o Samie jako o gorącym, namiętnym kochanku, który w sekundę potrafi doprowadzić kobietę do spazmów. Nic z tych rzeczy. Nie rzucał mnie wyuzdanie na łóżko, nie klepał po tyłku, nie przerabiał wszystkich póz z Kamasutry. On mnie kochał. Mocno, gorąco, czule. Nie bałam się, czekałam na to lata i byłam w takim szoku, że myślałam, że śnię, to wszystko wydawało mi się takie nierealne. Od tamtego razu nazywał mnie swoją księżniczką. I tak mnie traktował.

To była jedyna tajemnica, jaką miałam przed Cassie. Co prawda nie była głupia, domyślała się, że sypiam z Samem, ale nie od razu. Początkowo zauważyła, że przestał tak uganiać się za spódniczkami i mylnie wzięła to za dobrą kartę. Nie wiedziała, że to mój as, nie jej. To ja byłam tą, która ujarzmiła Sama, szczęściarą, która jako jedyna miała go na wyłączność.

Transformacja Cassandry nastąpiła tuż po Wielkanocy. Nie była to stopniowa przemiana, jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa. Po prostu któregoś dnia Cassie, niczym bohater opowiadania Kafki, który obudził się jako robak, wstała z łóżka zbuntowaną i zepsutą do szpiku kości punkówą. Znajomi nie poznawali jej na ulicy. Ubierała się w skóry i spódniczki mini, zaczęła palić takie ilości papierosów, że nawet nie próbowałabym iść z nią w konkury, kląć jak szewc i z dnia na dzień robić coraz głupsze i żałośniejsze rzeczy, żeby tylko przypodobać się Samowi. Miesiąc później była już wytatuowaną ćpunką wyglądającą jak tania prostytutka za pięćdziesiąt funtów na tylnym siedzeniu. Wtedy wszystko między nami zaczęło się sypać. Nie mogłam znieść jej nowego wizerunku, a ona coraz baczniej przyglądała się mojej relacji z Samem, co tylko utwierdzało ją w początkowych przekonaniach, które zresztą nie mijały się z prawdą. Nie byłam jego dziewczyną, ale naiwnie wierzyłam, że on po prostu potrzebuje czasu i ten moment niechybnie nastąpi, bo w końcu zrezygnował dla mnie z innych kobiet. Ależ byłam naiwna.

Gdy stanęłam pod drzwiami mojej szopo-ruiny słońce już całkowicie zaszło, a dookoła panował półmrok. Przekręciłam klucz w drzwiach i już stanęłam na progu, gdy kątem oka uchwyciłam coś białego tuż przy wejściu. Cofnęłam się. W zardzewiałej skrzynce na listy leżała koperta. Co prawda nie miałam klucza, ale wcale go nie potrzebowałam, bo zamek był tak przeżarty przez rdzę, że otwierał się i bez niego. Wyjęłam znalezisko. W sekundę rozpoznałam staranne pismo, którym Cassie nakreśliła adres na kopercie.

Rzuciłam list na stół. Po całym dniu liczenia psów i snucia wspomnień byłam tak cholernie głodna, że mogłaby napisać do mnie sama królowa Elżbieta, jedzenie i tak byłoby ważniejsze. Szybko zjadłam odgrzane, wczorajsze spaghetti. Stanęłam na środku pokoju i patrząc na bielącą się na stole kopertę jak na przeciwnika na ringu, wzięłam głęboki wdech i jednym ruchem rozerwałam papier.



Ambleside, 4 września 2013 r.

Droga Miley!

Jak to oficjalnie brzmi, co nie? Wybacz, że od razu nie zadzwoniłam, gdy tylko otrzymałam Twój list, ale zawsze chciałam poprowadzić z kimś prawdziwą, papierową korespondencję, a to prawdopodobnie jedyna okazja w moim życiu, mam nadzieję, że to rozumiesz.

- Pewnie, że rozumiem. W końcu jesteś dzieciakiem wychowanym w pokoleniu Internetu – odpowiedziałam zgryźliwie kartce papieru, po czym zrobiło mi się wstyd, że rzucam uwagi jak stara, zgorzkniała baba. Omiotłam list spojrzeniem od góry do dołu – dwie strony, na pierwszy rzut oka żadnych błędów, brak przekleństw. Jednak, gdzieś głęboko w środku tej nowej dziewczyny, żyje jeszcze stara, dobra Cassie.


Oczywiście Sam poinformował mnie, że nic Ci się nie stało i że jesteś bezpieczna, więc na szczęście nie musiałam się o Ciebie martwić. Od zawsze byłaś ulubienicą Pana Boga, wiedziałam, że i tym razem Ci dopomoże.


Uśmiechnęłam się. To był list zza grobu od starej, nieżyjącej już Cass.


Nawet nie wiesz, jak bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że znalazłaś w Londynie nowych przyjaciół i otaczają Cię sami dobrzy ludzie. Masz twardy charakter i dobre serce, dlatego poradzisz sobie w każdej sytuacji, ale zawsze dobrze jest mieć kogoś po swojej stronie. Cierpiałabym wiedząc, że siedzisz tam samotna i nie masz nawet do kogo otworzyć ust. Oczywiście nie pozwalam Ci w żadnym wypadku zapomnieć o mnie i z kimkolwiek spośród Twoich nowych znajomych zaprzyjaźnić się tak mocno jak ze mną! Co prawda wciąż mam na pieńku z rodzicami, wiesz jak jest, ale obiecuję, że gdy tylko sytuacja na to pozwoli, przyjedziemy Cię odwiedzić.


Przeczytałam to zdanie po raz drugi. Trzeci. Piąty. Jakie „przyjedziemy”? No, jakie „przy-je-dzie-MY”!? Że co? Obie Cassandry, ta normalna i ta, która uważa, że jak porobi z siebie debila to świat padnie u jej stóp? Bo chyba innej opcji nie ma. Nie chyba, na pewno.


Pytałaś co u mnie. Hmm… Od Twojego wyjazdu nie zmieniło się zbyt wiele. Dalej z Samem chodzimy na próby do siłowni Mike’a. A, właśnie! Jakbym mogła zapomnieć o takim newsie! Pamiętasz ten numer, który chłopaki nagrywali jakoś na wiosnę? Sam napisał do niego tekst, na pewno pamiętasz, utwór „Good girl”.


- Oczywiście, że pamiętam. Napisał go dla mnie, idiotko – odpowiedziałam kartce papieru, która gdyby tylko mogła usłyszeć mój ton głosu zapewne wolałaby już nie obwieszczać ani słowa.


Wczoraj wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. I wiesz co? W przyszłym roku ten numer wyjdzie jako singiel, rozumiesz!? Będą mieli oficjalnie wydanego singla, który trafi do sieci największych sklepów muzycznych na całym świecie! Jeju, jestem tak podekscytowana! I taka dumna z Sammy’ego…


Odruchowo zacisnęłam dłonie w pięści. W głuchej ciszy mojego mieszkania odgłos zgniatanego papieru rozległ się niczym seria wystrzałów z karabinu maszynowego.

- Nie zsikaj się z wrażenia, pizdo – syknęłam przez zaciśnięte ze złości zęby – I od kiedy to jest dla ciebie Sammy, co? Od kiedy?! Może od tego czasu, kiedy wyjechałam i możesz go sobie spokojnie pierdolić?! – wrzeszczałam nad pomiętą kartką papieru. – Nie będę dalej czytać tego gówna – zadecydowałam na głos, ale pomimo emocji, jakie mną targały, przeleciałam wzrokiem kartkę do końca, wychwytując pojedyncze słowa.


Ostatnio… u niego w mieszkaniu… to było takie zabawne, szkoda, że Cię tam nie było!... Sam chcę kupić tę gitarę… ale jak powiedziałam, że czerwona… zmienił zdanie… Z Samem... Przy jeziorze, koło Wateredge Inn… ta kobieta to widziała, a my tacy nie w stanie... Ha, to było dobre!... Sam jej powiedział… Ale on jest zabawny… Sam… Sam...
Sam…


Poczułam jak po mojej twarzy spływają łzy wściekłości. Już chciałam porwać kartkę w drobny mak, gdy nagle zauważyłam na odwrocie strony post scriptum.


P.S.
Tydzień temu była u mnie policja, wypytywali dosłownie o wszystko. Nie wiem jak Ci to powiedzieć Kochanie, ale… Ktoś podpalił Twój dom. Sama też przesłuchiwali, on wie więcej, ale powiedział mi tylko, że wszystkie ślady wskazują na to, że ten ktoś zrobił to od wewnątrz. Nie wiem, o co tu chodzi, ale uważaj na siebie. Nie chciałam Ci pisać na początku tych złych wiadomości, dlatego zostawiam je na koniec. Ludzie strasznie brzydko o Tobie plotkują. Co za okropności, Miley, nie masz pojęcia! Niektórzy mówią, że (aż głupio to powtarzać) sama podpaliłaś swoich rodziców (przepraszam, nie powinnam tego pisać), inni, jak zresztą moi rodzice, paplają coś o diabelskich mocach, że to kara na Twoich rodziców, że Cię dobrze nie wychowali, a Ciebie prosto do piekła diabli wzięli, no takie głupoty… Jest też grupa plotkarzy, która Cię uśmierciła. Bardzo przykro mi to wszystko pisać, ale pomyślałam, że pewnie zechcesz wiedzieć, że Twoje zniknięcie do tej pory nie pozostaje bez echa. Nie przejmuj się tymi złośliwymi ludźmi. Wierzę, że Pan Jezus ma Cię w Swojej opiece.


Super. Najważniejsze rzeczy na samym końcu, bo, oczywiście, ciekawsze jest przecież dla mnie, jak jej fajnie beze mnie i jak się teraz świetnie bawi z Samem. Zgniotłam list w kulkę i z całej siły cisnęłam nim o ścianę, aż odbił się i upadł po przeciwnej stronie pokoju. Poczułam, że drżę na całym ciele z wściekłości. Na to była tylko jedna rada – musiałam się napić czegoś mocniejszego, bo czułam, że emocje rozerwą mnie na strzępy od środka.

Wyszłam z domu jak burza, waląc drzwiami z takim impetem, że przez chwilę pomyślałam, ze ta chałupa tego nie wytrzyma i wszystko runie deska po desce. Zatrzęsła się, ale przetrwała. Zapaliłam papierosa i niemal biegiem rzuciłam się przed siebie. Nagle uświadomiłam sobie okrutną rzecz. Jest noc. Jestem na wsi. Tu nie ma całodobowych. Stanęłam jak posąg na środku chodnika. Dookoła nie było nawet żadnego psa z mojego spisu, ni żywej duszy. Poczułam jak powoli ulatuje ze mnie złość, niczym woda z wanny, z której właśnie ktoś wyciągnął korek. Im bardziej gniew uchodził ze mnie, tym mocniej czułam się bezradna, zagubiona i otępiała. Łzy same spływały mi po twarzy, nie kontrolowałam ich. Opadłam na chodnik jak kukła. Usiadłam na krawężniku i rozpłakałam się na dobre. Było okropnie zimno, dopiero teraz zauważyłam, że wyszłam we wrześniową noc ubrana jedynie w bluzkę z krótkim rękawkiem. Wzruszyłam ramionami, było mi już wszystko jedno. W tej chwili równie dobrze mogła nastąpić apokalipsa. Ja nawet nie usłyszałabym siedmiu trąb. Ale zostało mi jeszcze ostatnie koło ratunkowe w zasięgu ręki. Wyjęłam telefon i mechanicznie jak cyborg wystukałam numer.

- Cześć Miley. – odebrał po drugim sygnale i miał radosny głos, na szczęście go nie obudziłam – Czemu tak nagle dzwonisz? Nie zrozum mnie źle, oczywiście bardzo się cieszę, fajnie, że zadzwoniłaś, ale stało się coś? – rozgadał się jak zawsze, jednak po raz pierwszy w jego głosie słyszałam szczerą troskę.

- Zayn, potrzebuję cię.


niedziela, 24 listopada 2013

Rozdział XIII

- Proszę państwa! Wielkie brawa dla Miley Vasply-Beethoven! – wykrzyknął Louis i energicznym gestem, niczym urodzony showman, zaprezentował mnie nieistniejącej publiczności.

- Brawo! Brawo, co za poruszający występ! – odkrzyknęła nieistniejąca publiczność, która, jak się okazało, jednak istniała w postaci udającego wzruszenie, klaszczącego w dłonie chłopaka z grobowo poważną miną.

Stał kilka kroków za Louisem, przy samym wejściu do pokoju i opierał się ramieniem o futrynę symulując ocieranie łez. Poznałam go już wcześniej, byłam pewna. Rozpoznałam tę twarz w kilka sekund i mogłabym się zakładać o zjedzenie końskiego łajna, że znam tego chłopaka (czemu akurat końskiego łajna? Miley, litości…). Ale, tradycyjnie już, nie potrafiłam w żaden sposób przypomnieć sobie, gdzież to już wcześniej widziałam tego szatyna. Miał poupychane za uszy, lekko kręcone, brązowe włosy, których pojedyncze sprężynki odstawały na wszystkie strony świata. Wyglądał naraz pociągająco, dziwnie i… nieprzyjemnie. To pierwsze, ze względu na to, że obiektywnie patrząc grzechem byłoby nie nazwać go przystojnym – wysoki, szczupły, o smukłej twarzy i pięknych, śnieżnobiałych ząbkach, które pokazywał rozszerzając wąskie usta w uśmiechu. Wtedy pojawiały się mocno zarysowane, wyraźne dołeczki w jego policzkach, na widok których niejedna kobieta za pewne byłaby już jego. Tak, był przystojny. Dlaczego obiektywnie? Bo zupełnie nie w moim typie, ze względu na drugą wspomnianą cechę – dziwność, którą rozumiem przez śmieszną sprzeczność w jego wyglądzie. Chłopak nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, strzelając dałabym mu osiemnaście. Mimo to był ubrany bardzo poważnie i gustownie, aż biło od niego dostojeństwem – ciemno bordowa koszula idealnie pasowała do jego zielonych oczu i złotego, zapewne nieziemsko kosztownego, zegarka na lewym nadgarstku. Miał na sobie czarne spodnie ze skórzanym paskiem, który zdobiła złota klamra i dopasowane kolorystycznie, prawdopodobnie wykonane z tej samej skóry, buty. I tu wychodziła na jaw trzecia cecha wyglądu, wspomniana ‘nieprzyjemność’. Na pierwszy rzut oka widać było, że chłopak pochodzi z obrzydliwie bogatej rodziny, a ja do takich ludzi od zawsze byłam uprzedzona. Wiem, że to niedorzeczne, bo status majątkowy wcale nie świadczy o człowieku, tak samo jak ubiór, ale nie potrafiłam tego w sobie zwalczyć i wystrojeni, bogaci ludzie, automatycznie wzbudzali we mnie niechęć. Mimo wszystko ten nastoletni arystokrata bardziej mnie intrygował niż odrzucał. Mały Książę, pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem dumna z nadania tak trafnego pseudonimu.

Brawa i okrzyki „fanów” ucichły, a ja zamiast obrażać się jak nadęta kwoka, mimo że było mi cholernie wstyd i miałam ochotę ewakuować się oknem, postanowiłam zagrać w ich grę i dwornie skłoniłam się jak prawdziwy wirtuoz. Podziałało. Chłopaki klasnęli jeszcze kilka razy i uśmiechnęli się do mnie bardziej ciepło niż szyderczo.

- Pamiętasz Miley, prawda? – zapytał Louis nowego gościa, jakby nie był pewny czy nas zapoznawać.

- Oczywiście. – uciął krótko i zniknął za rogiem w kuchni.

Niewiele myśląc podeszłam szybko do Louisa i wyszeptałam najciszej jak potrafiłam:

- Skąd ja go znam?

- Z urodzin Eleanor. – odszeptał z trudem panując nad głosem, żeby się nie roześmiać.

- Aaaaa, dobra, dzięki. – rzuciłam teatralnym szeptem, który wcale nie był cichszy niż mój normalny ton głosu i wróciłam z powrotem na swoje miejsce tak, jakbyśmy odgrywali jakąś scenkę i powracający z kuchni Mały Książę musiał mnie zastać z powrotem na swoim miejscu. Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy. Dopiero, gdy wykonałam ostatni kroczek na palcach i stanęłam cichutko przy pianinie, doleciał do mnie cały absurd tej sytuacji. Do Louisa chyba też, bo nie wytrzymał i momentalnie parsknął śmiechem.

- Chyba jednak za mało spałaś, bo mózg ci jeszcze nie funkcjonuje. Może się jeszcze położysz? – powiedział z udawaną troską w głosie.

Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć z kuchni wyłonił się Mały Książę niosący dużą tackę z kanapkami i postawił ją na stole. Usiedliśmy dookoła – ja z Louisem na sofie, arystokrata na fotelu. Czułam się trochę niezręcznie jedząc, gdy patrzyło na mnie dwóch facetów, w tym jeden nieznajomy, ale odkąd wstałam, byłam na marchewkach, kawie i papierosach, więc głód wziął górę nad skrępowaniem i z uwagą odgryzałam małe kęsy modląc się, żeby tylko nic mi z tych kanapek nie wypadło.

- Gdzie byłeś rano? – zapytałam Louisa, żeby przerwać wiszącą między nami ciszę.

- W pracy. – odpowiedział z uśmiechem, jakby praca sprawiała mu mnóstwo przyjemności.

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież Louis musi się jakoś utrzymywać i gdzieś pracować, ale nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby go zapytać czym się zajmuje. Co prawda wspominał, że jest matematykiem, ale wykształcenie niekoniecznie musi wiązać się z wykonywanym zawodem. Poza tym, który normalny człowiek wraca z pracy po zaledwie kilku godzinach? Było dopiero południe, a on zajadał wesoło kanapeczki zamiast zarabiać na życie i przyjemności. Już nabrałam powietrza, żeby poprosić o rozwianie wszelkich wątpliwości i mój wzrok padł na Małego Księcia. Przecież on wie, że tu spałam. Śpię u Louisa w mieszkaniu, a nawet nie wiem, co on robi. Wyjdę na totalną dziwkę. Z tak otwartymi ustami, gotowa do wypowiedzenia słów, które byłyby moją zguba, zastygłam w bezruchu, jakbym była postacią na impresjonistycznym obrazie.

- Ach, no tak, dzisiaj poniedziałek, totalnie wyleciało mi z głowy. – wypaliłam zupełnie nieprzekonująco.

- Czym się zajmujesz? – Mały Książę świdrował mnie zielonymi tęczówkami, jednak na jego twarzy rysowało się przyjazne nastawienie.

- Jestem pisarką. – odpowiedziałam bez zbędnych słów. Już zdążyłam zauważyć, że chłopak, którego imienia wciąż nie znałam, jest do przesady rzeczowy i konkretny i uwielbia ekonomię słowną. Jak on wytrzymuje w jednym pomieszczeniu z Zaynem?

Zjedliśmy śniadanie, pogadaliśmy na mało istotne tematy, zapaliliśmy. Mały Książę w tym czasie schował się w kuchni. Bardzo dobrze, że nie uległ nałogowi tytoniowemu, ale ten gest od razu skojarzył mi się ze snobizmem. Pewnie dym papierosowy źle wpływa na jego cerę – pomyślałam z przekąsem. Tak, zdecydowanie byłam uprzedzona, co Louis momentalnie wyczytał z mojej twarzy.

- To fajny gość, serio. Jak go poznasz to na pewno go polubisz. – wyrzucił na jednym tchu, jakby był jego promotorem i właśnie go reklamował – Zresztą wszystkie laski go lubią. – dodał.

- Nie jestem laską… - odpowiedziałam raczej ze smutkiem niż wyrzutem.

- No jak to nie? Jesteś laska i to jaka! – zawadiacko puścił do mnie oko i podszczypnął mnie w biodro. Uśmiechnęłam się, chociaż nie miałam na to kompletnie ochoty – ten gest do złudzenia przypominał mi zachowanie Sama, gdy zaczynałam się nad sobą użalać.

Okazało się, że Mały Książę wcale nie zjawił się u Louisa bez powodu. On był tam po mnie. Tego dnia akurat umówił się z Zaynem i miał po niego pojechać na wieś, więc Louis poprosił go, żeby zabrał mnie przy okazji ze sobą, skoro i tak zmierzamy w tym samym kierunku. Jak zwykle, jako główna zainteresowana, wszystkiego dowiadywałam się ostatnia.

Gdy staliśmy już przy drzwiach wyjściowych i zaczęliśmy się żegnać, Mały Książę z Louisem uścisnęli sobie dłoń na pożegnanie, a ja bardzo pewnie i z dumą wymalowaną na twarzy podeszłam do Lou i pożegnałam się z nim całując go w policzek. Uśmiechnął się do mnie ciepło, ale kątem oka widziałam, że Mały Książę lekko zmarszczył brwi. Lubi Eleanor, to pewne, pomyślał, że mogę być jej konkurentką. I dobrze. Nie chodziło mi o to, żeby powstawały jakieś głupie plotki, żeby mieć opinię złodziejki mężczyzn, a już na pewno nie o to, żeby sprawiać przykrość Louisowi i El, ale sam fakt, że ktoś w ogóle wziął pod uwagę, że ja mogę stanowić jakiekolwiek zagrożenie dla takiej piękności jak Eleanor, był dla mnie cudownym komplementem łechtającym przyjemnie próżną część mnie.

- Zapomniałaś czegoś. – wyrwał mnie z rozmyślań głos Louisa. – Proszę, Miley Rose, twoja znienawidzona ozdoba przypominająca ci o znienawidzonej drugiej części ciebie i wrednym, ale uroczym fundatorze.

Srebrna róża sama wylądowała w mojej dłoni.




***



Dziwnie czułam się siedząc na ultrawygodnym, skórzanym siedzeniu pięknego, nowiutkiego BMW, które prawdopodobnie należało do rodziców Małego Księcia. Ciekawe kim oni są. Królem i Królową, rzecz jasna, ale jak mogą wyglądać?

- Jak poznałeś Louisa? – zagadnęłam, żeby przerwać irytującą ciszę.

- Jesteśmy sąsiadami. – odpowiedział jak zawsze najkrócej jak się dało, ale uprzejmie i z serdecznością w głosie.

- To w którym miejscu mieszkasz? Jeśli oczywiście mogę… - zanim skończyłam zdanie, rzucił jedynie nazwą ulicy, która totalnie nic mi nie mówiła i nawet jej nie zapamiętałam. Nastały kolejne bezdźwięczne minuty i już wiedziałam, że ta podróż, mimo luksusowych wygód, nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Ku mojemu zdziwieniu tym razem pierwszy odezwał się Mały Książę, kontynuując wątek mieszkania. Dodał, że na wspomnianej przez niego ulicy znajduje się dom jego rodziców, a w tym samym bloku co Louis, dokładnie piętro wyżej, mieszka jego babcia. Z dalszych, krótkich wypowiedzi wywnioskowałam, że rodzinny dom Małego Księcia znajduje się gdzieś w pobliżu tego osiedla i chłopak do niedawna tam mieszkał, ale obecnie urzęduje u seniorki rodu. W takim wypadku mogę się założyć, że arystokrata z matematykiem-amatorem pianistą znają się jak łyse konie i że kanapki, które jedliśmy na śniadanie, zrobiła staruszka mieszkająca piętro wyżej. Już kiedyś stwierdziłam, że spłodził mnie chyba sam Napoleon z Sherlockiem i to właśnie był ten moment, w którym jeden z moich ojców musiał pękać z dumy. Miley i jej porażająca dedukcja, tak jest.

- Mówiłaś, że jesteś pisarką. Pracujesz teraz nad czymś? – zagadnął Mały Książę, chyba nieco przekonując się do używania słów i dźwięków.

- Szczerze mówiąc nie. – wzruszyłam ramionami.

- To może byłabyś zainteresowana stałym zleceniem? – zapytał całkiem poważnie jak wprawiony w interesach biznesmen.

- Zamieniam się w słuch. – powiedziałam spokojnie, jednak tak naprawdę miałam ochotę pisnąć z radości i wycałować Księciunia po rękach. Miałam zacząć szukać pracy, tymczasem praca sama przychodziła do mnie.

- Moi rodzice są właścicielami kilku, no, dość ekskluzywnych perfumerii w Londynie. – zaciekawiło mnie, co według niego znaczył zwrot „dość ekskluzywny”, ale wolałam nawet nie próbować zgadnąć. Król i Królowa perfum, zagadka wyjaśniona. - Niedługo pojawi się zupełnie nowa linia zapachów, męskich i damskich – kontynuował. – W ramach promocji i informacji tworzy się katalogi. I tu będzie twoja robota. – obdarzył mnie przyjemnym spojrzeniem.

- Co ma pisarz do perfum i katalogów? – nie bardzo rozumiałam, do czego Książę zmierza.

- Zwykły człowiek z ulicy nie opisze zapachu w taki sposób, żeby ktoś kto spojrzy na karty katalogu mógł go poczuć. To zadanie dla rzemieślnika słowa. Pisarza albo poety. Wchodzisz w to? – uśmiechnął się do mnie i mimo czysto biznesowej rozmowy, jego uśmiech wydał mi się szczerze przyjazny.

- Pewnie. – zgodziłam się bez wahania z trudem opanowując radość. Miałam ochotę pochwalić się moim szczęściem całemu światu, ale obok był tylko chłopak, który mimo moich starań w kamuflowaniu odczuć, uśmiechał się widząc moje podekscytowanie.

Gdy wysiedliśmy z samochodu Mały Książę wykonał trzy telefony i sprawa była finalnie załatwiona. Ucałowałam go w policzek z wdzięczności i niemal tańcząc zaczęłam iść w stronę domu.

Za tydzień zaczynałam pracę w jednej z ekskluzywnych perfumerii państwa Styles.

sobota, 9 listopada 2013

Rozdział XII



- Ty jesteś popierdolony!
- Ciszej, kurwa, obudzisz ją.

Że też przyśniło mi się przekleństwo w ustach Louisa. Nigdy tego nie słyszałam, a jednak mój mózg odtworzył to tak bardzo realnie, jakby naprawdę stał koło mnie i w wulgarny sposób uciszał równie wulgarnie krzyczącą dziewczynę. Ten damski głos już gdzieś słyszałam, ale dźwięki dookoła mnie falowały, pulsowały, tworzyły kolorowe wiry, które były zupełnie nie do uchwycenia. Głosy fruwały nade mną, jakby bawiły się ze mną w berka, ale niestety byłam od razu na straconej pozycji, bo ile razy próbowałam usłyszeć o czym jeszcze rozmawia w mojej głowie, albo nad moją głową, Louis z na pewno znaną mi, ale póki co anonimową kobietą, słowa odpływały i pękały gdzieś w przestrzeni. Czułam otulające mnie ze wszystkich stron ciepło, które miało puszystą, miękką fakturę. Leżałam na kanapie, ale miałam wrażenie, jakbym lewitowała w powietrzu razem z nią. Ten dziwny stan zawieszenia między jawą a snem, przypomniał mi chwile z dzieciństwa, kiedy po obejrzeniu bajki usypiałam przed telewizorem, a później wciąż śpiąc czułam jedynie czyjeś ręce, które biorą mnie w ramiona i zanoszą do łóżka kładąc w pachnącej pościeli. To był podobny stan, jednak niczyje ręce po mnie nie sięgały, otaczały mnie jedynie wiry słów i energicznych kroków dookoła. To kobieta chodziła nerwowo w kółko. Louis stał w miejscu. W mojej głowie był boso. Śmiałam się do siebie w swoich myślach. To wszystko mi się śni, wiem, że to jest mój sen, ale nie potrafię nim kierować, moje powieki są tak ciężkie, że nie jestem w stanie ich otworzyć. A szkoda, bo chciałabym wstać i zrobić coś kompletnie głupiego. W końcu i tak to wszystko dzieje się tylko w mojej głowie, więc obudziłabym się i nie byłoby wstydu. Nie mogłam się poruszać, ale w ramach rekompensaty kobieta zaczęła mówić, jakby specjalnie dla mnie, wyraźniej i głośniej.

- Jak można być tak nielojalnym skurwielem? – usłyszałam aż za dobrze.

Niby pytanie było czysto retoryczne, jednak odpowiedź padła. Co prawda nie w formie słownej, ale jednak – bose stopy przemieściły się po posadzce, skrzypnęły drzwi. Jednoznaczny gest wywołał u dziewczyny natychmiastową furię. Wnerwiona do granic możliwości wpadła w taki słowotok, że dźwięki wirujące wcześniej dookoła mnie, zamieniły się w istne gradobicie słów, żywiołową klęskę. Pośród grzmotów i błyskawic przekleństw mój pół śpiący mózg zarejestrował: „powiem”, „pożałujesz”, „świnio”. Do tego „kurwa” po wielokroć i zamaszyste walnięcie drzwiami, aż zmartwiłam się o framugi. Louis westchnął i było w tym coś niezwykle uroczego, jednak nie zdążyłam uchwycić dalszych dźwięków, kierunku, w którym zmierzały bose stopy, wszystkie odgłosy jakby odpływały powolnie ciągnąc się i przeciekając za drzwi w pogoni za rozzłoszczoną kobietą.




* * *


Obudził mnie ból w dole pleców. Nic dziwnego, skoro całą noc przespałam skulona na sofie w salonie Louisa. Usiadłam tempo wpatrując się w jukę, która przypadkowo znalazła się na wysokości mojego wzroku. Proces rozbudzania się był tym, który w moim przypadku nigdy nie przebiegał błyskawicznie. Beznamiętnie złożyłam ciemnobrązowy, puszysty koc, którym przykrył mnie Louis, żebym nie zmarzła w nocy. Żałuję, że tego nie pamiętam. To musiało być słodkie. Właśnie, Louis. Gdzie on teraz jest? Powolnymi ruchami podniosłam się z kanapy i skradając się niczym ninja wychyliłam głowę zza rogu i zajrzałam do kuchni. Pusto. Dziwne, ale próbowałam dalej. Łazienka. Pusto. Niebieska sypialnia podobnie. Tylko dla zasady i z wrodzonego perfekcjonizmu sprawdziłam ostatni pokój z płytami, bo i tak byłam pewna, że gospodarza w nim nie zastanę. Nie myliłam się. Byłam sama w mieszkaniu Louisa.

- Dobra, uciekaj. Szybko, póki go nie ma. Lepszej okazji nie mogłaś sobie wymarzyć. – powiedziałam na głos sama do siebie.

Jednak coś głęboko w środku mnie, to samo, co tamtego poranka kazało mi wybiec czym prędzej z tego mieszkania, teraz, ku ironii losu, zatrzymywało mnie w środku i nie pozwalało wyjść. To było szalone, ale chciałam poczekać na Louisa, wypić z nim kawę i zapytać czy miał miły poranek. Taka banalna rzecz, a jednak w tamtej chwili wydała mi się moim życiowym celem i największą radością, jaka mogłaby mnie w życiu spotkać. Po mojej histerii poprzedniego dnia, całej tej sytuacji rodem ze szpitala psychiatrycznego, czułam, jakbym nagle stała się zupełnie inną osobą, pewną siebie i otwartą na ludzi. Wiedziałam, że to tylko mylne wrażenie, że nigdy nie będę duszą towarzystwa i kimś skłonnym do zawierania przyjaźni przy pierwszym kontakcie, ale chciałam cieszyć się chociaż tym uczuciem, zanim uleci w niepamięć. Podjęłam decyzję – poczekam tu na Lou, choćbym miała czekać do śmierci. Zapewne jest święcie przekonany, że nie zastanie mnie po swoim powrocie, może nawet specjalnie dlatego wyszedł, żeby ułatwić mi ucieczkę, ale nie, nie tym razem. Zdziwię go.

Mrucząc sobie pod nosem jakąś melodię zasłyszaną niedawno w radiu, tanecznym krokiem weszłam do łazienki na poranną toaletę. Melodia ucichła. Oniemiałam. Nie potrafiłam uwierzyć, że samotnie mieszkający mężczyzna może mieć taką łazienkę. Ściany, tak samo jak cały wystrój łącznie z ręcznikami, miały kojące barwy ciepłego karmelu i przechodziły stopniowo w płytki w kolorze ecru. Wszystko, dosłownie wszystko, kolorystycznie ze sobą współgrało. Nawet pralka i wanna nie były standardowo białe. Jedynie wielkie, owalne lustro odznaczało się na tle tej brązowo-beżowej kompozycji. No, może nie tylko. Została jeszcze biała kartka leżąca na ręczniku na pralce. Wzięłam zawiniątko do ręki. Boże, ale brzydkie pismo. Zaczęłam czytać:



Dzień dobry!
Pomyśl o ludziach jeżdżących autobusami i zanim uciekniesz weź prysznic tu masz wszystko czego ci trzeba.


Ależ zabawne, uśmiałam się do łez. Omiotłam spojrzeniem rzeczy pozostawione na pralce – czyste ręczniki, nowa szczoteczka do zębów… Dobra, czytam dalej:



Możesz mnie objeść z czego tylko chcesz bo w lodówce i tak nic nie mam. Gdybyś jednak zdecydowała się poczekać ze swoją ucieczką na mój powrót czuj się jak u siebie. Będzie mi miło.

PS. Jeżeli to czytasz to i tak gratuluję odwagi robisz postępy w przebywaniu wśród ludzi.
PS.2 Ośliniłaś mi poduszkę przez sen.


- Ja przynajmniej wiem, co to są przecinki! – oburzona krzyknęłam sama do siebie.

Parsknęłam. Co za tupet. Louis i jego żarciki. A co… A co jeśli to wcale nie żart i naprawdę ośliniłam mu poduszkę? Przed oczami stanęła mi wizja śpiącej mnie z otwartymi ustami, chrapiącej, z wyciekającą śliną, a obok Louisa, który płacze ze śmiechu i zasłania sobie dłonią usta, żeby mnie nie obudzić i nie popsuć kabaretu. Nie! To zdecydowanie jeden z jego beznadziejnych żartów. Postanowiłam w ogóle nie brać pod uwagę innej opcji. Nie, zdecydowanie nie…

Nie zaprzątając sobie dłużej głowy głupotami, odkręciłam kurek z gorącą wodą. W tym jednym punkcie mimo wszystko musiałam się zgodzić z Louisem – kąpiel była tym, czego naprawdę było mi trzeba. W oczekiwaniu na moment aż będę mogła położyć się w wodzie, wiedziona wrodzoną, babską ciekawością, otworzyłam szafkę nad wanną i drugą, nieco mniejszą, nad lustrem. To był istny szczęśliwy traf. Ten jeden gest wystarczył, żebym znalazła temat do robienia sobie jaj z Louisa do końca jego dni. Uśmiechnęłam się szeroko i zaczęłam wyciągać po kolei niezliczoną ilości kosmetyków, jakiej nie widziałam nigdy w życiu u żadnej, nawet najbardziej lalusiowatej dziewczyny. Miał tam cały sklep kosmetyczny i to taki z bogatym asortymentem. Z każdą kolejną buteleczką balsamu do ciała czy peelingu do twarzy mój szyderczy śmiech roznosił się coraz głośniej. W końcu, gdy przeszłam do mniejszej szafeczki nad lustrem, na widok miliona akcesoriów do układania włosów poczułam dziwne ciepło w środku. Obracałam w dłoniach żele, pianki, brylantyny, lakiery i próbowałam wyobrazić sobie Louisa stojącego dokładnie w tym samym miejscu gdzie ja, używającego tych wszystkich chemikaliów nieskończoną ilość czasu i układającego perfekcyjnie każdy kosmyk swoich włosów. Uśmiechnęłam się, jednak w tym uśmiechu nie było ani cienia kpiny. To było tak dziwne uczucie, że zachciało mi się znowu śmiać, tym razem samej z siebie. I gdy już miałam zamknąć łazienkową szafkę i zrelaksować się w gorącej kąpieli, moją uwagę przykuła jeszcze jedna rzecz – mały, fioletowy flakon perfum. Wzięłam go delikatnie w ręce i odkręciłam, skupiając się przy tym ze wszystkich sił, żeby, ze swoim wrodzonym brakiem zdolności manualnych, nie upuścić znaleziska. Tak jak myślałam, w sekundę całe pomieszczenie wypełniła intensywna woń lawendy i cytrusów. Zaciągnęłam się tym zapachem po granice wytrzymałości płuc. I wtedy właśnie to zrozumiałam. Zrozumiałam i przepełniła mnie niespodziewana radość i poczucie bezgranicznego szczęścia. Zaczęłam się śmiać jak wariatka. Wtedy wszystko do mnie dotarło, to ciepło, te wszystkie wybuchowe mieszanki nieznanych uczuć, cały ten mikrokosmos emocjonalny, który wywoływały we mnie rzeczy Louisa, zapach jego perfum, jego nieskazitelnie ułożone włosy… Zrozumiałam, że najzwyczajniej w świecie za nim tęsknię. To absurdalne, bo widziałam go raptem kilka godzin temu, ale czas nie grał roli. Chciałam mieć go obok, teraz i w każdej następnej sekundzie. Tęskniłam. Tęskniłam za nim całą sobą. Zrozumiałam, że to tęsknota, jednak w żaden sposób nie potrafiłam pojąć, dlaczego to uczucie tak mnie uskrzydla i wypełnia taką radością. Ale to nie było ważne. Liczyło się tylko to, że on niedługo wróci.


Po długiej, gorącej kąpieli i wykonaniu całej porannej toalety, ubrałam się i podziękowałam Opatrzności wygrzebując z torby tusz do rzęs i bladoróżową pomadkę. Lepsze to niż nic. Wprawnymi ruchami umalowałam się w kilka minut i przeczesałam mokre włosy. Spojrzałam na wyświetlacz w moim telefonie – poniedziałek, drugi września, godzina dziesiąta czterdzieści siedem. Wrzesień. Gdzie uciekły mi te wszystkie dni? Posmutniałam, ponieważ wrześniowa data oznaczała dla mnie coraz rychlejsze nadejście jesieni, a co za tym idzie ochłodzenie, deszcze, błoto. Od początku wiedziałam, że będę musiała jak najszybciej znaleźć pracę i wynająć jakieś mieszkanie, bo w mojej szopie, gdy przyjdą nocne przymrozki, zamarznę na śmierć, ale swoim słynnym zwyczajem odpychałam od siebie tę myśl najdalej jak tylko się dało i zostawiałam całą tę sprawę na wieczne „potem”. Tym razem postąpiłam dokładnie tak samo – zapowiadał się uroczy dzień i nie mogłam pozwolić, żeby pesymistyczne wizje niedalekiej przyszłości zepsuły mi humor. Czas na śniadanie i kawę.

Kawy nie musiałam zbyt długo szukać, bo cała puszka aromatycznych, zmielonych ziaren stała na samym środku kuchennego blatu. Uśmiechnęłam się wyobrażając sobie jak Louis tego poranka odkładał tę puszkę po zalaniu swojej małej czarnej, podczas gdy ja błogo spałam w sąsiednim pokoju. Otworzyłam lodówkę – liścik nie kłamał. W środku znalazłam pół cytryny, parówkę, masło, piwo i siatkę marchewek. Westchnęłam. Wyjęłam trzy marchewki.

Było mi głupio z tego powodu, że nie było mi wcale głupio. Tak, to miało sens. Powinnam siedzieć speszona na kanapie i bać się choćby wyjść siku, tymczasem rozłożyłam się jak królowa w fotelu w salonie, popijałam kawę, przegryzałam marchewki i zapaliłam śniadaniowego papierosa. Nie, w ogóle nie czułam się skrępowana. Jedynym emocjom, które mi wtedy towarzyszyły, bliżej było do zniecierpliwienia i podekscytowania niż onieśmielenia czy zażenowania niecodzienną sytuacją. Wciąż myślałam o powrocie Louisa, o tym, co będzie miał na sobie, jak będą ułożone jego włosy, jaką minę zrobi, gdy mnie zobaczy, co powie, jak się zachowa. Czułam się jak dziecko wypatrujące pierwszej gwiazdki na niebie w wigilijny wieczór. I to uczucie dawało mi dziwny rodzaj szczęścia, który chciałam zatrzymać już na zawsze.

Nagle w mojej głowie zaświtała nad wyraz kusząca myśl. Wstałam gwałtownie z fotela i niemal pobiegłam w kierunku pianina. Usiadłam przed klawiaturą wykonując teatralne gesty jak przedszkolak bawiący się w wielkiego pianistę. Zaśmiałam się z własnej infantylności. Wcisnęłam losowy klawisz. Dźwięk rozlał się po całym mieszkaniu. Przejechałam energicznie dłonią po całej klawiaturze brzdąkając jak dwulatek. Mieszanina nut zabrzmiała chaotycznie i złowrogo, mimo to słyszałam, że pianino jest idealnie nastrojone. Wzięłam głęboki wdech. Wcisnęłam pierwszy klawisz. Drugi, trzeci. Pomyliłam się. Zamknęłam oczy. Otworzyłam je ponownie, jakbym zabierała się do wykonania wirtuozerskich symfonii i w błyskawicznym tempie mechanicznie zagrałam wyuczoną melodię. Wybuchnęłam śmiechem. Powtórzyłam to raz jeszcze podśpiewując sobie pod nosem:



Poszły w pole kurki trzy. I gęsiego sobie szły.

To był jedyny, jakże skomplikowany utwór, który potrafiłam zagrać na tym instrumencie. Kiedyś, w wyniku śmiertelnej nudy, Cassie nauczyła mnie to grać. Właśnie, Cassie… Boże, jak mogłam o niej zapomnieć?

Dopiero teraz zrobiło mi się wstyd. Cholernie wstyd. W natłoku ostatnich wydarzeń na śmierć zapomniałam o swojej najlepszej, a w zasadzie jedynej, przyjaciółce. Nie miałam dostępu do Internetu, mój stary telefon spłonął, nowego nie zdążyłam jej przekazać. W zasadzie nawet się nie pożegnałyśmy przed wyjazdem. Miałam tylko nadzieję, że Sam podał jej mój adres i zapewnił, że nic mi nie jest i mam się dobrze. Oby. Postanowiłam napisać do niej, gdy tylko wrócę do domu i odpędziłam wyrzuty sumienia. Uśmiechnęłam się do klawiatury pianina wyobrażając sobie nad nią błyskawicznie poruszające się, wytatuowane ręce Louisa. Poszerzyłam uśmiech.



Pierwsza przodem, w środku druga, trzecia z tyłu oczkiem mruga.

Gdy tylko wcisnęłam ostatni klawisz i z dumą wyprostowałam się jak laureat Konkursu Chopinowskiego, zorientowałam się, że… Ktoś stoi tuż za moimi plecami. Przez muzykę nie usłyszałam kroków, jednak teraz wyraźnie słyszałam czyjś oddech i jakby… Tłumiony śmiech? Powoli, jakbym za plecami miała jadowitą żmiję, zaczęłam odkręcać się przez prawe ramię. Ledwie przesunęłam się o kilka centymetrów, jak na komendę, rozległ się gromki rechot. Wstałam jak oparzona.

Louis stał tuż przy mnie i ledwo łapał oddech umierając ze śmiechu.